Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień 2014. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2015

Sezon jesień 2014 - końcowe wrażenia

Koniec grudnia oznacza także koniec jesiennego sezonu anime. Skończyło się całkiem sporo serii; część z nich oglądałam już od lata, a część od października. Jesienią królowała przeciętność – większość tych anime to pozycje dość typowe, które niekoniecznie zapadają w pamięć. Jednak jak zwykle znalazły się pośród nich także prawdziwe perełki.


Akame ga Kill!


Akame ga Kill! to seria, która chciała być oryginalna i wstrząsająca, ale jej nie wyszło. W zamyśle miało pewnie być tak: wrzucamy do serii mnóstwo ciekawych i charyzmatycznych bohaterów, a potem niektórych zabijamy. Dzięki temu widz śledzi z zapartym tchem, co się dzieje na ekranie, nie wiedząc, czy jego ulubieńcy wyjdą cało z opresji. Niestety, Akame ga Kill! nie zostało drugą Grą o Tron z prozaicznego powodu: postacie, które zostają zabite na samym początku, nikogo tak właściwie nie obchodzą, bo są w najlepszym wypadku nieciekawe, a w najgorszym – irytujące. Mało tego, ich śmierć sprawiła, że pomyślałam sobie: oho, w tym anime bohaterowie będą padać jak muchy. No i zamiast trzymać za nich kciuki, zaczęłam obstawiać, kto, kiedy, z czyjej ręki i w jakiej kolejności zginie. Co gorsza – moje przewidywania z grubsza się sprawdziły, co źle świadczy o „zaskakującej” w zamierzeniach fabule. Na domiar złego twórcy anime pokusili się o własne zakończenie (bo manga jeszcze wychodzi), więc pod koniec serii miałam spore problemy z odrywaniem szczęki z podłogi. Proszę państwa, takiego stężeniu kiczu, patosu, głupoty i bezsensu dawno już nie widziałam i mam nadzieję, że prędko nie zobaczę.
Akame ga Kill! jest serią trudną do ocenienia – bo mimo wszystko początkowe odcinki oglądało się całkiem przyjemnie (mimo irytujących wad, takich jak moralna hipokryzja naszych „pozytywnych” bohaterów oraz nieudolne próby zbalansowania brutalności i komizmu). Przynajmniej widać było, że fabuła prowadzona jest konsekwentnie. Tymczasem zakończenie zamiast zniwelować braki scenariusza, jeszcze bardziej je uwypukliło, dodając na dokładkę tonę jeszcze bardziej irytujących idiotyzmów.
Moja ocena: 5/10


Amagi Brilliant Park


Seria od KyonAni w tym sezonie mocno mnie zawiodła. Spodziewałam się epizodycznej, ale podporządkowanej głównemu wątkowi fabuły o ratowaniu słabo prosperującego parku rozrywki. Nie przewidywałam jednak aż tak oklepanych schematów w poszczególnych epizodach. Kolejne odcinki coraz bardziej wiały nudą, a prezentowany w nich humor był typowy dla haremowych serii i przestał kogokolwiek śmieszyć jakieś sto anime temu. Bohaterowie też nie są mocną stroną Amagi Brilliant Park – otrzymujemy bowiem postacie, których jest na pęczki w innych anime, w dodatku twórcy wyraźnie zmarnowali potencjał protagonisty-narcyza. Jedyną zaletą serii jest grafika – ładna, jak to u KyonAni. Ale samo anime było stratą czasu, bo sama śliczna kreska seansu nie uratowała.
Moja ocena: 4/10


Danna ga Nani wo Itteiru ka Wakaranai Ken


Kilkuminutowa komedyjka o małżeństwie faceta-otaku i kobiety-nieotaku to całkiem przyjemna pozycja tego sezonu. Wprawdzie spodziewałam się większej ilości żartów związanych z anime i ogólnie rozumianym fandomem, ale pod względem komediowym seria nie zawodzi, posługując się głównie humorem sytuacyjnym i związanym z osobowością protagonistów. Anime ogląda się z przyjemnością, ale nie jest to jakaś komedia wszech czasów.
Moja ocena: 6/10


Donten ni Warau


Jedna z tych trudnych do ocenienia serii. Niby pod względem fabularnym anime było ciekawe i intrygujące, ale scenariusz wyraźnie kulał i wydawał się poszatkowany. Nie znam w całości pierwowzoru, ale wydaje mi się, że bezlitośnie poucinano niektóre sceny z mangi, żeby wszystko zmieściło się w tych dwunastu odcinkach. Na początku akcja się wlecze, potem dzieje się tyle, że trudno jest nadążyć. Całość na szczęście ratują postacie (zwłaszcza Tenka), aczkolwiek Soramaru niemiłosiernie mnie irytował tym swoim emowaniem (w dodatku głos podkładał mu Yuki Kaji, brrr...). Od strony technicznej Donten ni Warau też jest takie sobie – czytałam tylko pierwszy tom mangi, ale kreska z anime się do niej nie umywa, nie wspominając już o koszmarnej animacji. Podsumowując: Donten ni Warau to bardzo dobra historia, która miała to nieszczęście, że dostała kiepską adaptację. Szkoda. Mam nadzieję, że manga, wydawana w Polsce jako Śmiech w chmurach, okaże się lepsza.
Moja ocena: 7/10


Fate/stay night: Unlimited Blade Works [2014]

 

Pierwszy sezon Unlimited Blade Works stanowi tak właściwie jedno wielkie wprowadzenie do całej historii. Choć pod względem fabularnym dzieje się całkiem sporo, to nad akcją dominują liczne rozmowy i wyjaśnienia. Nie doczekaliśmy się jednak definitywnego zakończenia żadnego z wątków, w dodatku ostatni odcinek kończy się wyjątkowo wrednym cliffhangerem, a na drugi sezon trzeba poczekać aż do wiosny. Mimo irytującego protagonisty i zbyt licznych dyskusji o jego nieżyciowej filozofii anime oglądało mi się całkiem nieźle, głównie dzięki przesympatycznej Rin, która jest naprawdę udaną bohaterką. Seria stoi także na wysokim poziomie od strony technicznej – do animacji nie można się przyczepić, a dynamiczne i widowiskowe pojedynki to po prostu uczta dla oczu.
Moja ocena: 8/10
 


Gugure! Kokkuri-san 


Kolejna komedia tego sezonu wypada bardzo nierówno. Były odcinki, na których płakałam ze śmiechu (prym wiedzie epizod o szkolnym koledze głównej bohaterki, który wcale, ale to wcale nie jest kosmitą), ale niektóre wybitnie wiały nudą. W dodatku niektóre żarty (szczególnie te dotyczące Inugamiego i jego chorej miłości do małej dziewczynki), choć nie przekraczały granicy dobrego smaku, były mało zabawne, więc jeśli kogoś tego typu humor razi, to nie polecam tego anime. Z drugiej strony większość bohaterów Gugure! Kokkuri-san to przesympatyczne (albo raczej prześmieszne) osobowości i to właśnie przez wzgląd na nich serię oglądało mi się przyjemnie.
Moja ocena: 7/10


Hitsugi no Chaika: Avenging Battle


To anime mogło być dobre. Tak zwyczajnie, normalnie, po prostu dobre... gdyby tylko, na miłość boską, nie było tak przeraźliwie nudne. Początkowo intryga wydawała się wciągająca, ale im dalej w las, tym bardziej brnęła w przegadane sceny, zbyt liczne wyjaśnienia niepotrzebnych zawiłości i oklepane rozwiązania trywialnych zagadek. Uwieńczeniem tej marnej całości było przewidywalne zakończenie z obowiązkowym happy endem. W sumie serię ratują tylko bohaterowie – może i są dość typowi dla tego typu przygodówek, ale przynajmniej dają się polubić i są konsekwentni w swych dążeniach. Anime zawodzi jednak także od strony technicznej. Jest wiele scen, do których zwyczajnie się nie przyłożono, a postacie mają czasem wybitnie koślawe twarze i ogromnego zeza.  
Podsumowując: seria jest pod względem fabularnym przeciętna aż do bólu, więc jeśli ktoś nie polubi od pierwszego wejrzenia bohaterów, niech lepiej sobie ją odpuści.
Moja ocena: 4/10


Inou Battle wa Nichijou-kei no Naka de 


To jedna z tych serii, co do których nikt od początku nie ma się zbyt wielkich oczekiwań, więc i rozczarować się za bardzo nie można. Anime było sympatyczne, ale nic poza tym, da się oglądać, ale myślę, że po paru miesiącach już nie będę o nim pamiętać. Siłą serii są sympatyczni bohaterowie (wreszcie protagonista, który nie jest ani popychadłem, ani chodzącą doskonałością!) oraz dość nietypowe podejście do tematu supermocy (choć mam wrażenie, że anime nie wycisnęło z tej nietypowości całego potencjału). Główne wady to przeciętna szata graficzna, przeciętna animacja, przeciętna muzyka i powolne tempo wydarzeń, które sprawi, że większość widzów odpadnie od seansu.
Moja ocena: 6/10


Mushishi Zoku Shou 2


Mushishi to anime, które trudno jest opisać. Ile razy można przypominać, że jest genialne, cudowne, melancholijne, skłaniające do przemyśleń, nastrojowe i śliczne, a każdy odcinek stanowi miniaturowe dzieło sztuki? Ten sezon w niczym nie ustępuje poprzednim, więc smutno mi trochę, że już się skończył. Na szczęście zapowiedziano już na to lato film, który ma być ekranizacją ostatniego mangowego epizodu.
Moja ocena: 10/10


Ookami Shoujo to Kuro Ouji


Animowanych shoujo zawsze jest mało. W tym sezonie oprócz bardzo dobrego (i utrzymanego w klimacie fantasy) Akatsuki no Yona dostaliśmy tylko jedno niezwykle marne szkolne romansidło: Ookami Shoujo to Kuro Ouji. Cóż, jeśli chcecie obejrzeć anime, w którym tępy buc traktuje jak psa kłamliwą dziewoję o IQ równym w porywach 2, to trafiliście pod dobry adres. Jeśli należycie jednak do całej reszty ludzkości, która uważa, że taki związek jest obrzydliwy, to odpuście sobie seans, dobrze radzę. Wprawdzie w drugiej połowie serii anime staje się nieco lepsze, ale nie warto się dręczyć i oglądać kilku bardzo złych epizodów, żeby dotrzeć do tych przeciętnych (zwłaszcza że mordercze uczucia względem dwójki głównych bohaterów i tak nie znikają).
Moja ocena: 3/10


Psycho-Pass 2


Potwierdziły się obawy, które od początku miałam co do tej serii. Anime tak naprawdę nie było złe, ale po prostu do pięt nie dorasta poprzedniemu sezonowi. Główny problem polega na zbyt mdłym antagoniście i pseudofilozoficznym bełkocie, który zastąpił prowokujące do przemyśleń przesłanie z pierwszego Psycho-Pass. Czarę goryczy przepełniło nudne zakończenie, które pointuje konflikt między systemem Sibyl a tajemniczym Kirito. Do samego końca nie mogłam się też przekonać do openingu (te powtarzalne sceny, brrr... ataku padaczki można dostać), a endingowi Fallen w wykonaniu EGOIST daleko mu do genialnego Namae no nai Kaibutsu.
Moja ocena: 6/10


Shingeki no Bahamut: Genesis


Jedna z porządniejszych pozycji w tym sezonie. Mamy tu wszystko: ładną, dopracowaną grafikę, która nie straszy krzywiznami i anatomicznymi okropieństwami, dobrą muzykę oraz Fabułę i Bohaterów – dwa ostatnie z dużej litery, bo w pełni na to zasługują. Początkowo historia wydawała mi się prosta jak konstrukcja cepa, ale wyraźnie widać, że twórcy mieli na nią pomysł. Fabuła Shingeki no Bahamut to idealny przykład na to, że schematy można z powodzeniem wykorzystywać, jeśli tylko wie się, co się robi. O bohaterach tej serii mogłabym z kolei napisać całe strony – ale w sumie najważniejsze jest to, że obok żadnego z nich nie można przejść obojętnie: albo od pierwszego wejrzenia budzą sympatię, albo irytują, ale każdy z nich wywołuje w widzu emocje. Cóż, kogo jak kogo, ale Favaro na pewno zapamiętam na dłużej. 

Czy te oczy mogą kłamać?
Trochę szkoda, że ta seria miała tylko dwanaście odcinków... Choć na końcu ostatniego z nich pojawił się obiecujący napis "jeszcze wrócimy", więc może kiedyś doczekamy się kontynuacji. 
Moja ocena: 9/10

Sword Art Online II


Jakie to było nudne! No dobrze, może przesadzam, strzelanka Gun Gale Online wprowadziła troszkę świeżości i sprawiła, że seria na chwilę wróciła do swoich początkowych klimatów (choć dylematy Shinon były psychologicznie nieprawdopodobne), za to następne odcinki po prostu powiewały nudą, pod koniec dorzucając do tego telenowelowate wyciskacze łez, które - przynajmniej w moim przypadku - wcale nie wywołały emocji. Mam wrażenie, że autor pierwowzoru dawno stracił pomysł na tę serię i dorzuca kolejne przygody naszych bohaterów wyłącznie dla zarobienia kupy kasy. Anime może się za to poszczycić ładną grafiką i bardzo dobrą oprawą muzyczną – soundtracku naprawdę dobrze się słucha, a drugi opening na długo zapadnie mi w pamięć. Dlatego bardzo mi szkoda, że seria fabularnie jest coraz słabsza. Wprawdzie dalej jest to przyjemny, niezobowiązujący shounen, ale mam świadomość, że nie do końca wykorzystano jego możliwości.
Moja ocena: 6/10

Terra Formars


Są anime tak złe, że ogląda się je tylko, żeby się uśmiać. TF jest idealnym przykładem na to, że przy kiepskiej serii można się wyśmienicie bawić. To nic, że założenia świata są bez sensu. To nic, że intryga zawiera więcej dziur niż ser szwajcarski. To nic, że bohaterowie powinni zbiorczo dostać nagrodę Darwina. To nic, że anime posiada najbardziej irytującą narrację, z jaką się kiedykolwiek spotkałam („Teraz, drogie dzieci, przerywamy (w zamierzeniu) emocjonującą walkę, żeby wyjaśnić wam, co to takiego bakteria. Czytała Krystyna Czubówna”). To nic, że cenzura lata w prawo i lewo i zasłania wszystko, co się da. To nic, że mordy krzywe, a postacie zazwyczaj dziwacznie podrygują, zamiast się ruszać. Bo, moi mili, to wszystko razem jest jakoś tak radośnie głupie, że aż się od monitora odkleić nie można. Dlatego też seria otrzymuje ode mnie jedynkę, ale z uśmieszkiem.
Moja ocena: 1/10 :D

środa, 15 października 2014

Sezon jesień 2014 - pierwsze wrażenia

Przedstawiam moje pierwsze wrażenia z kilku(nastu) anime, które zaczęto emitować wraz z początkiem jesiennego sezonu. Nie są to, rzecz jasna, wszystkie obecnie wychodzące serie, ale tylko te, na których z pewnych powodów postanowiłam zawiesić oko. Pełną rozpiskę można znaleźć tu
W tym sezonie znajdziemy kilka długo wyczekiwanych kontynuacji, kilka ciekawie się zapowiadających anime i - jak zwykle - mnóstwo serii, których pomysły i realizacja wołają o pomstę do nieba. 


Akatsuki no Yona


Opis: Yona, jako jedyna córka króla, wiedzie – jak to królewna – beztroskie dworskie życie. Ma wszystko, czego tylko może zapragnąć, poza tym podkochuje się w swoim kuzynie i przyjacielu z dzieciństwa, Soo-wonie. Jej jedynymi zmartwieniami są czerwone, niesforne włosy i irytujący ochroniarz, Son Hak. Idealny świat Yony lega w gruzach, gdy dziewczyna staje się świadkiem zbrodni: ukochany Soo-won morduje jej ojca, by samemu objąć tron.
Pierwsze wrażenie:
Mam jakąś dziwną słabość do shoujo z wątkiem politycznym w tle, więc jestem zaskakująco pozytywnie nastawiona do tego anime, choć wiem, że Saiunkoku Monogatari ani 12 Kingdoms toto nie będzie. Na pierwszy rzut oka seria wygląda na reverse harem, ale opening sugeruje, że jeśli będziemy mieć do czynienia z wątkiem miłosnym, to raczej nie będzie on posiadał zbyt wielu kątów. Jak na razie fabuła okazała się dość prosta, ale w przyjemny, przygodowy i pozbawiony jakichś niepotrzebnych udziwnień sposób. Wprawdzie nasza heroina i królewna  jest strasznie głupiutka i naiwna, ale wydaje się mieć przy tym charakter, nie dostaniemy więc kolejnej ciepłej kluchy, która boi się odezwać w towarzystwie. Od pierwszego wejrzenia spodobał mi się natomiast Son Hak – lubię bohaterów, którzy nie wahają się mówić, co myślą, i nabijać z durnych pannic. Ciekawa jestem też motywacji Soo-wona, bo albo ma naprawdę dobry powód, żeby postępować tak, jak postąpił, albo jest całkowitym psychopatą – i przyznam, że obie opcje wydają się całkiem interesujące.


Amagi Brilliant Park  


Opis: Tajemnicza i piękna Isuzu zmusza Seiyę, by udał się z nią do lunaparku. Biedaczyna pojęcia nie ma, że grożąca mu bronią palną niewiasta zawlecze go do rozpadającego się Amagi Brilliant Parku, najbardziej rozczarowującego wesołego miasteczka w całej Japonii. Co gorsze i dziwniejsze, Seiya otrzymuje propozycję nie do odrzucenia: ma zostać menadżerem i uratować chylące się ku upadkowi przedsięwzięcie od ostatecznej ruiny. Jak się bowiem okazuje, Amagi Brilliant Park zamieszkują wróżki z Klonowej Krainy, a dobre prosperowanie lunaparku jest niezbędne, by istoty te mogły przeżyć.
Pierwsze wrażenie:
Jeśli się zastanawiacie, jakie słodkie rzeczy mogą robić w tym sezonie słodkie dziewczątka z  KyonAni, to odpowiedź brzmi: prowadzenie wesołego miasteczka brzmi chyba wystarczająco uroczo, co nie? Mimo ogólnej i charakterystycznej dla studia cukierkowatości sam początek anime nie tylko nie wygląda źle, ale nawet całkiem dobrze: główny bohater ma czelność posiadać własne zdanie i próbuje odrzucić propozycję wspólnego wyjścia, choć dziewczyna celuje do niego z muszkietu. Naprawdę, dawno nie było tego typu serii, w której główny bohater nie tylko nie jest przedstawicielem rzędu Ciepłokluchus Pospolitus, ale wręcz mówi o sobie w samych superlatywach. Już na pierwszy rzut oka widać, że głównym źródłem komizmu będzie właśnie protagonista, jego relacje z pracownikami parku i reakcje na specyfikę miejsca, w którym najchętniej nigdy stopy by nie postawił. Gagi z pierwszego odcinka były całkiem zabawne i – co ważniejsze – nie bazowały głównie na fanserwisie. W każdym razie początek anime był bardzo dobrym wprowadzeniem do opowieści i zachęcił mnie do śledzenia tej serii.
Od strony graficznej nie mam temu anime nic do zarzucenia, kreska i animacja jest typowa dla studia, co dla jednych jest zaletą (bo wiadomo, że seria nie będzie straszyć grafiką, wręcz przeciwnie), a dla innych wadą (ile można patrzeć na te same projekty postaci? Seiya wygląda jak nieślubne dziecko Haruki z Free! i Orekiego z Hyouki), aczkolwiek muzyka jak na razie zbyt wybitna nie była.


Danna ga Nani o Itteiru ka Wakaranai Ken



Opis: Jak sądzicie, jak będzie wyglądać życie pary nowożeńców: poważnej pani urzędniczki i jej męża, nieuleczalnego otaku? No właśnie.
Pierwsze wrażenie:
Anime to krótka komedyjka z trwającymi po 3 minuty odcinkami i generalnie traktująca o tym, dlaczego nie warto się hajtać z otaku, jeśli się samemu nie jest nałogowym fanem czegośtam. Jak na razie seria mnie kupuje, bo króciutka forma gwarantuje, że gagi nie staną się męczące. Ponadto anime wykorzystuje w celach humorystycznych nawiązania – nie powiem, aluzja do Kenshina mnie rozbawiła. I tylko zastanawiałam się przez cały odcinek, jak oni, u diabła, w ogóle się poznali?


Donten ni Warau


Opis: W 11 roku ery Meiji rząd zakazał noszenia mieczy, a samurajowie utracili swoją  pozycję społeczną. Wielu jednak nie zgadzało się ze zmianami, jakie nastały w Japonii, stąd też gwałtownie wzrosła liczba popełnianych przestępstw. Postanowiono więc wybudować więzienie na środku jeziora, z którego nie mogliby uciec nawet najniebezpieczniejsi kryminaliści. Trzej bracia z rodziny Kumo pracują jako przewoźnicy, transportując schwytanych przestępców przez jezioro. Ale czy to na pewno ich jedyne zajęcie...?
Pierwsze wrażenia:
Anime powstało na podstawie mangi, która we wrześniu zaczęła się ukazywać w Polsce. Ponieważ wyszedł dopiero pierwszy tom (a w nim właściwe tylko jeden rozdział dotyczy głównej historii, reszta to opowieść o tym, co działo się dużo wcześniej), ciężko mi porównywać oba twory. W każdym razie wygląda na to, że seria nieco odejdzie od komiksowej wersji, bo sam początek różni się od mangi – odcinek to ekranizacja pierwszego rozdziału z dodanymi kiepskimi komediowymi wstawkami, które pasują tu jak pięść do nosa. Mam nadzieję, że twórcy nie będą więcej czegoś takiego dokładać, bo te sceny były bardziej żenujące niż zabawne.
Pomna brązowo-złotej ilustracji okładkowej z mangi trochę się zdziwiłam na widok czarno-czerwonych włosów trójki głównych bohaterów, a projekty postaci są niestety baaaardzo ubogie w porównaniu z tymi z wersji komiksowej. Przez te dziwaczne oczy bohaterowie wyglądają jak wiecznie naćpani. Animacja też wydaje się raczej przeciętna. Na domiar złego głos Soramaru podkłada najmniej chyba lubiany przeze mnie, a ostatnio niesamowicie popularny seiyu, Yuki Kaji. Cóż, przynajmniej Yuuichi Nakamura jako Tenka wypada bardzo dobrze.  


Fate/stay night: Unlimited Blade Works [2014]


Opis: Nowa adaptacja Fate/stay night, w której będziemy śledzić ścieżkę Unlimited Blade Works.
Pierwsze wrażenie:
Nigdy nie byłam jakąś szczególną fanką Fate/stay night, niewiele też pamiętam z pierwszej adaptacji gry, którą obejrzałam lata temu (poza kosmicznym babolem tłumaczy „Ludzie umierają, jak się ich zabije”, tak, tego nie da się zapomnieć), z drugiej strony Fate/Zero studia ufotable niezmiernie mi się podobało, więc postanowiłam dać szansę nowemu Fate/stay night. Tak naprawdę to nie są wrażenia z pierwszego odcinka, ale z odcinka 00, który pokazuje początkowe wydarzenia serii z perspektywy Rin, a nie głównego bohatera.
W każdym razie ten epizod niezmiernie mi się spodobał, choć klimat przez większość czasu był sielankowy i zobaczyliśmy głównie przyzwanie Archera i początek interakcji między nim a jego Mistrzynią. Pod koniec akcja gwałtownie przyspieszyła, a to dzięki genialnemu pojedynkowi między Archerem i Lancerem – tak dopracowanej choreografii walki dawno nie widziałam, podczas oglądania naprawdę świetnie się bawiłam. Jednak co dobra grafika, to dobra grafika, takie serie po prostu dobrze się ogląda. Powiedzieć, że nowe Fate/stay night to cukierek dla oczu byłoby ogromnym niedopowiedzeniem, ta seria jest raczej jak dobry, mocny alkohol, który naprawdę potrafi uderzyć do głowy. Dynamizm akcji podkreśla także genialna muzyka, którą stworzył Hideyuki Fukasawa.
Krótko mówiąc: kto nie ogląda, niech żałuje. Zachęcam – wcale nie trzeba znać prologu czy pierwszej wersji, żeby zrozumieć, o co chodzi.


Garo -Honoo no Kokuin-

 
Opis: Historia rozpoczyna się od polowania na wiedźmy, które zarządził pewien król. Obiektem prześladowań stały się nie tylko czarownice, ale także Rycerze i Kapłanki Makai, którzy do tej pory zajmowali się chronieniem ludzi przed demonami. Pewna skazana na śmierć kapłanka, płonąc już na stosie, rodzi dziecko. Leon Lewis, któremu nie dane będzie wychować się pod pieczą matki, zostaje ocalony przez swojego ojca, Rycerza Makai. Kiedy dorasta, jako potomek Złotego Rycerza dziedziczy Złotą Zbroję.
Tymczasem w królestwie nie dzieje się najlepiej – pod pretekstem choroby króla władzę przejmuje jego doradca, a książę Alfonso musi salwować się ucieczką. Wyrusza więc na poszukiwania legendarnego Złotego Rycerza, mając nadzieję, że ten pomoże mu odzyskać tron.
Pierwsze wrażenie:
Ponoć dobry film akcji zaczyna się od wybuchu – cóż, palenie wiedźmy chyba też się zalicza do dobrze rokujących efektów pirotechnicznych, bo seria, pomimo moich początkowych wątpliwości, okazała się całkiem niezła. Powiedzcie, jak często można spotkać animowane mroczne fantasy, w którym krew chlusta na prawo i lewo, a cenzury uświadczyć się nie da? Sam początek zachęca do dalszego oglądania przede wszystkim nietypową narracją. Choć zobaczyłam dopiero zalążek fabuły, z którego może wykluć się wszystko, to wątek przewodni mnie zaciekawił, a bohaterowie dają się polubić.
Niestety, do tej beczki miodu wsadzono łyżkę – a raczej solidną chochlę – dziegciu. Choć projekty postaci są ciekawe i nietypowe, to do serii wrzucono wręcz nieprzyzwoitą ilość koszmarnej komputerowej grafiki. Wiem, że animacja efektownie wyglądającej zbroi mogła być zbyt dużym wyzwaniem dla zapewne mizernego budżetu tego anime, ale litości – są przecież serie, w których zastosowano ten zabieg, a komputerowe walki nie wyglądały aż tak dobijająco.


Gugure! Kokkuri­‑san

 
Opis: W czasie deszczu dzieci się nudzą... zresztą dzieci nudzą się przy każdej pogodzie i wymyślają sobie rozmaite zabawy. Kohina, na ten przykład, postanawia pobawić się grą towarzyską kokkuri, która polega na przywoływaniu ducha i zadawaniu mu pytań. Dziewczynce udaje się przyzwać lisiego demona, który okazuje się białowłosym i przystojnym młodzianem. Kokkuri najpierw chce złośliwie nawiedzać krnąbrną dziewuszkę, ale zauważywszy jej straszliwie niezdrowe nawyki żywieniowe, postanawia zostać z nią i chronić od chińskich zupek wszelkiego złego.
Pierwsze wrażenie:
Gdybym to ja wcześniej wiedziała, że tak łatwo jest przyzwać lisiego bisza...  Ekhem. O czym to ja mówiłam? A tak. Gugure! Kokkuri-san to komedia oparta na czteropanelowym komiksie. Seria opowiada o biednym demonie o niezbyt lotnym umyśle, za to wielkim sercu, który ma pecha spotkać walniętą dziewczynkę, pozbawioną emocji i udającą, że jest lalką. Jako komedia seria sprawdza się dość dobrze – większość gagów jest zabawna, ale niektóre raczej wieją nudą. Poszatkowana forma yonkomy w wersji anime jest na dłuższą metę męcząca, więc szkoda, że odcinki nie są nieco krótsze – dzięki temu można byłoby uniknąć takiej powtarzalności gagów. Żałuję także, że Kohina jest ciągle rysowana w swojej wersji super deformed, bo jej normalna postać jest dużo ładniejsza i nie odcina się aż tak od projektów pozostałych postaci. Jeśli zaś chodzi o kwestię muzyki, powiem tylko tyle: wszyscy kochamy te koszmarne openingi śpiewane przez seiyu... prawda?


Hitsugi no Chaika: Avenging Battle


Opis: Drugi sezon przygód Czaiki i jej niekoniecznie wesołych, ale za to morderczo skutecznych towarzyszy.
Pierwsze wrażenia:
Seria właściwie nie jest nowym sezonem, a dalszym ciągiem anime podzielonego na dwie części, trudno więc cokolwiek o niej powiedzieć, żeby nie zdradzać szczegółów fabuły. Jeśli ktoś nie oglądał pierwszego sezonu, nie ma właściwie czego tu szukać, bo na pewno nie zrozumie, kto, kogo, czemu i po co. W każdym razie dostajemy dalsze rozwinięcie wątków zapoczątkowanych pod koniec pierwszej serii – aczkolwiek nie będę wdawać się w szczegóły, żeby nie zaspoilerować. Graficznie seria stoi na tym samym, raczej dobrym poziomie, nie zauważyłam ani znaczących ulepszeń, ani też spadku jakości, niemniej jednak to dopiero pierwszy odcinek, więc trudno na razie jednoznacznie o tym wyrokować. Za to opening mniej mi się podoba niż ten z poprzedniej części, bo choć utrzymany w podobnej szacie graficznej, nie ma w sobie „tego czegoś”.


Inou Battle wa Nichijou-kei no Naka de


Opis: Pół roku temu czworo członków klubu literackiego oraz uczęszczająca na ich zajęcia dziewczynka z podstawówki zostali obdarzeni nadnaturalnymi mocami. Jedyny chłopak w klubie, Ando Jurai, może tworzyć czarne płomienie, za to jego koleżanki zostały obdarzone całym wachlarzem niezwykle potężnych umiejętności, takich jak przyspieszanie, spowolnianie i zatrzymywanie czasu, kontrola nad wszystkimi żywiołami, możliwość stworzenia wszystkiego, o czym się pomyśli, oraz moc naprawiania obiektów i uzdrawiania istot żywych. Jednak od czasu, jak otrzymali te zdolności, nic nie zmieniło się w ich codziennym życiu. Po co im zatem te moce? Czy kiedyś wreszcie będą mogli stać się bohaterami wielkiej przygody?  
Pierwsze wrażenie:
To seria, którą, szczerze mówiąc, po dwóch minutach chciałam porzucić, bo zapowiadała się na typowy komediowy harem. Postanowiłam jednak dać jej szansę ze względu na grającego głównego bohatera Nobuhiko Okamoto, który – jak już na pierwszy rzut oka widać – musiał mieć niezły ubaw przy nagrywaniu tego anime, bo zróżnicowanie jego wypowiedzi jest imponujące. Chyba dobrze zrobiłam, że postanowiłam to oglądać dalej, bo bohaterki – wbrew pierwszemu haremowemu wrażeniu – wydają się całkiem sympatyczne. Podoba mi się też podejście twórców do problemu supermocy. Po co dawać bohaterom jakieś nudne, przeciętne umiejętności typu czytanie w myślach, telekineza czy kontrola nad ogniem? Lepiej od razu dowalić im niesamowite zdolności i patrzeć, jak świat płonie jak nieboraki sobie z tym poradzą.
Komedyjka zapowiada się więc sympatycznie, ma też szansę odświeżyć wtórny aż do bólu gatunek szkolnego fantasy. Szkoda tylko, że graficznie anime wypada bardzo nijako i przeciętnie.


Kiseijuu: Sei no Kakuritsu


Opis: Siedemnastoletni Shinichi Izumi mieszka sobie wraz z ojcem i matką w spokojnej dzielnicy Tokio. Pewnej nocy Ziemię nawiedza inwazja podobnych do robaków kosmicznych pasożytów, które przejmują mózgi swoich ludzkich nosicieli. Jeden z robali próbuje przejąć ciało Shinichiego, ale mu się to nie udaje i zmuszony jest zamieszkać w jego ręce.
Pierwsze wrażenie:
Seria od razu skojarzyła mi się z Tokyo Ghoul, ale wygląda na to, że będzie fabularnie „dojrzalsza” i bardziej dopracowana... przynajmniej na tyle, na ile poważne może być anime o kolesiu, którego ręka stała się kosmitą. Seria klasyfikowana jest jako horror, ale jak na razie to praktycznie wcale go nie uświadczyłam, za to kosmiczny pasożyt, który miał potwornego – nomen omen – pecha, okazał się najzwyczajniej w świecie sympatyczny, zwłaszcza że jak na razie nie ma zamiaru mordować ludzi na prawo i lewo, jak to czynią jego koledzy. Z kolei główny bohater na początku wydawał się typowym mięczakiem-takim-jak-ty, ale bardzo szybko okazuje się, że – przynajmniej zważywszy na okoliczności – nie daje sobie w kaszę dmuchać i logicznie myśli.
Grafika serii jest raczej typowa dla seinenów, pozbawiona zbytniej cukierkowatości, ale też nie całkiem realistyczna. Projekty postaci i animacja nie wyglądają źle, pomijając momenty, gdy widzimy tłumy, bo sylwetki w tle poruszają się wtedy strasznie nienaturalnie. Podoba mi się za to opening, który jest japońskim darciem mordy – przynajmniej wyróżnia się na tle słodko-mrocznych j-rockowych piosenek.


Log Horizon 2


Opis: Drugi sezon anime o graczach, którzy utknęli w grze fantasy.
Pierwsze wrażenie:
Dalszy ciąg jednego z lepszych anime ostatnich sezonów serwuje nam nowe problemy uwięzionych w świecie wirtualnym graczy, nowe zagadki i nowe przeszkody po pokonania. Seria bez żadnego wprowadzenia wrzuca widza na głęboką wodę, więc jeśli ktoś nie zna pierwszego sezonu, raczej nie powinien się za nią zabierać.
Ponieważ zmieniło się produkujące serię studio, miałam pewne obawy, które, niestety, okazały się uzasadnione. Studio Deen znane jest z raczej kiepskiej animacji i od razu widać, że od strony graficznej nowy sezon wypada gorzej niż poprzedni. Może nie jest to upadek na łeb, na szyję (nie oszukujmy się, strona graficzna nie była najmocniejszą stroną również pierwszej serii), ale spadek jakości kreski jest wyraźnie zauważalny. Na szczęście zdecydowano się pozostać przy starym openingu, bo, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie tej serii bez niego, we say wow, wow, wow, wow.


Mushishi Zoku Shou 2


Ponieważ nowy odcinek Mushishi ma wyjść dopiero 19 października, pozwolę sobie go pominąć w tym zestawieniu. Zresztą i tak wiadomo, że będzie genialne, więc co tu w ogóle pisać?


Nanatsu no Taizai

 
Opis: Siedem Grzechów Głównych to grupa złych rycerzy, którzy uknuli spisek przeciwko królestwu Brytanii i ponoć zostali pokonani przez Świętych Rycerzy – ponoć, bo niektórzy gotowi są przysiąc, że zbrodniarze nadal grasują na wolności.
Dziesięć lat później Święci Rycerze organizują zamach stanu i przejmują władzę w królestwie, chcąc doprowadzić do wojny i wprowadzając rządy terroru. Elizabeth, córka króla, wyrusza w podróż, by odnaleźć Siedem Grzechów Głównych i prosić ich o uratowanie królestwa.
Pierwsze wrażenie:
Są serie, o których słyszy się same superlatywy, jak tylko gruchnie wieść, że dostaną ekranizację. Manga Nanatsu no Taizai jest przez niektórych bardzo chwalona, więc ciekawi mnie, czy anime okaże się dobrą adaptacją, czy kolejną krótką reklamą komiksu. Przyznam, że jak na razie, seria mnie kupiła zarówno swoim średniowiecznym klimatem rodem z typowej gry fantasy, jak i prostą, nieskomplikowaną fabułą, która wydaje się przy tym oparta na obiecującym pomyśle. Wadą anime jest fanserwis, który może nie jest bardzo nachalny, ale mimo wszystko zauważalny... oraz gadająca świnia – choć ta ostatnia rzuca przynajmniej zgryźliwe komentarze.
Głównego bohatera gra – o zgrozo – Yuki  Kaji, ale, co dziwne, w tej roli całkiem mi się podoba, bo przynajmniej nie brzmi jak emo. Zresztą protagonista z tą swoją facjatą wioskowego głupka i kompletnie przepakowaną mocą spodobał mi się już od pierwszej chwili. Lubię tego typu bohaterów, a dawno żadnego nie uświadczyłam (poza tym Meliodas od razu skojarzył mi się z Luffym z One Piece).
Olbrzymią zaletą serii jest też muzyka – wystarczy tylko powiedzieć, że stworzył ją Hiroyuki Sawano, a przy jego soundtracku nawet najgorszy chłam dobrze się ogląda, nie mówiąc już o dobrych shounenach. Niezwykle spodobał mi się także opening, sama nie wiem czemu, ale słucham go w kółko i nie mogę przestać. 



Ookami Shoujo to Kuro Ouji


Opis: O tym, że kłamstwo nie popłaca, wie chyba każdy... oprócz szesnastoletniej Eriki Shinohary, która próbując dopasować się do swoich świeżo poznanych licealnych koleżanek, wymyśla wierutne łgarstwa o swoim wyimaginowanym chłopaku. Pseudo-przyjaciółki powoli przestają wierzyć w jej opowieści, więc zdesperowana dziewczyna robi zdjęcie przypadkowo spotkanemu w mieście przystojniakowi i triumfalnie pokazuje je koleżankom. Jakież jest jej zdziwienie, gdy dowiaduje się, że sfotografowany młodzian jest uczniem równoległej klasy. Co więc robi Erika? Prosi Kyouyę Satę, by udawał, że z nią chodzi. I wszystko poszłoby zgodnie z jej planem, gdyby nie to, że przystojny szkolny książę okazuje się mieć serce czarne jak węgiel i sadystyczne skłonności. Poznając sekret Eriki, zmusza ją, by została jego służącą i traktuje ją jak psa.
Pierwsze wrażenie:
Powyższy opis chyba mówi sam za siebie... a raczej dobitnie charakteryzuje bohaterów tej serii. Bo tego, co na razie udało mi się zobaczyć, nie da się nazwać inaczej jak chorym związkiem opartym na szantażu i wybitnie niezdrowych relacjach. Ponoć dalej jest lepiej, a protagoniści szybko się zmieniają, więc dam temu anime szansę, ale przyznam, że pierwszy odcinek raczej mnie zniesmaczył. W tego typu seriach główny bohater powinien być przystojniakiem, do którego w zamierzeniu żeńska widownia będzie wzdychać, prawda? Chyba gdzieś po drodze coś nie wyszło, bo Satę mam ochotę skopać po parszywej, przystojnej mordzie. Z główną bohaterką też raczej nie dam rady sympatyzować – sama jest sobie winna, skoro jest aż taką ponadprzeciętną idiotką. W dodatku postaci wydają się tak statyczne, że ciężko sobie wyobrazić, żeby coś pomiędzy nimi drgnęło, bo żadnej chemii między nimi nie wyczuwam. Seria straszy także pod względem technicznym – gołym okiem widać oszczędności, skoro nawet gadających głów tu nie ma, tylko nogi rozmawiających bohaterów. Kreska też jest bardzo nijaka i przeciętna, więc do dalszego seansu raczej nie zachęca.  


Psycho­‑Pass 2



Opis: Drugi sezon anime o antyutopijnym świecie z przyszłości, w którym o ludzkich losach decyduje superkomputer.
Pierwsze wrażenie:
Mam nieco ambiwalentny stosunek do kontynuacji jednej z najlepszych anyutopii ostatnich lat – z jednej strony cieszę się, że się pojawiła, bo wiele wątków z poprzedniej serii nie zostało wyjaśnionych, z drugiej wątpię, żeby udało się stworzyć tak dobrego antagonistę, z jakim mieliśmy do czynienia w pierwszej części, więc boję się, że kontynuacja będzie pomyłką.
Pierwszy odcinek miał za zadanie pokazać nowych bohaterów, ich poglądy i stosunek do wykonywanej pracy, a także wyjaśnić, w jaki sposób wydarzenia z końcówki pierwszej serii zmieniły znane już nam postaci. Grafika już na pierwszy rzut oka wydaje się dopieszczona, ale mam pewne zastrzeżenia do sposobu rysowania bohaterów – wszystkie projekty nowych żeńskich postaci są tak podobne, że chwilami miałam problem z rozróżnieniem, kto jest kim. Rozczarował mnie natomiast opening, który nie umywa się do piosenek z poprzedniego sezonu.
Anime na pewno będę oglądać choćby po to, by zobaczyć dalsze losy Akane i dowiedzieć się, co się stało z Kogamim.


Shigatsu wa Kimi no Uso

 
Opis: Będąc dzieckiem, Kosei Arima wygrywał każdy konkurs pianistyczny. Jednak po śmierci matki, która była jednocześnie jego nauczycielką, blokada psychiczna nie pozwala mu  grać. Dwa lata później Kosei wciąż nie jest w stanie niczego zagrać na fortepianie, a cały świat postrzega jako monotonną, pozbawioną głębi i kolorów rzeczywistość. Pogodził się z losem i żyje spokojnie u boku swoich przyjaciół, Tsubaki i Watariego. Jednak pewna dziewczyna wszystko zmienia. Kaori Miyazono to śliczna, spontaniczna skrzypaczka, której osobowość odzwierciedla jej styl gry. Kaori pomaga Koseiowi powrócić do świata muzyki.
Pierwsze wrażenia:
Ta seria jest po prostu ładna. Podobają mi się zarówno projekty postaci, jak i pastelowo-akwarelowe tła. Nie zawodzi także animacja – gra na fortepianie w wykonaniu Koseia została pokazana w iście widowiskowy sposób.
Bohaterowie są bardzo sympatyczni, a ich relacje niewymuszone i naturalne. Mam tylko dziwne wrażenie, że nie obejdzie się bez wielokąta miłosnego, a nie lubię takich wątków. No i przeraża mnie trochę wizja zagłębiania się w traumatyczną przeszłość, choć jak na razie główny bohater się nad sobą zbytnio nie rozczula, a ukazane w pierwszym odcinku migawki z przeszłości usprawiedliwiają jego problemy. Wygląda więc na to, że dostaniemy przyjemną obyczajówkę, okraszoną na dodatek dobrą muzyką – czego więcej chcieć? 


Shingeki no Bahamut: Genesis



Opis: Mistarcia to magiczny świat, gdzie obok siebie żyją ludzie, bogowie i demony. W odległej przeszłości Bahamut o srebrno-czarnych skrzydłach groził tej krainie zagładą, ale jej mieszkańcy, porzuciwszy międzygatunkowe niesnaski, walcząc ramię w ramię, zapieczętowali jego moc. Klucz do pieczęci został podzielony na dwie części, z których jedną otrzymali bogowie, a drugą demony, aby Bahamut nigdy się już nie uwolnił. Teraz, dwa tysiące lat później, trwa era pokoju... a przynajmniej do czasu, gdy pewna kobieta wykrada bogom ich klucz.
Pierwsze wrażenie:
Znowu dostajemy średniowiecze, ale tym razem się ze smokami i demonami, które tłuką się na wejście. Jak na adaptację karcianki seria jest naprawdę miłym zaskoczeniem i wygląda na to, że będzie mieć porządnie przemyślaną fabułę. Wprawdzie główny bohater jest trochę zbyt błaznowaty, ale da się go polubić za urwisostwo i ogólną pozytywną draniowatość, pozostałe postaci też wydają się ciekawe. Ukazany na początku odcinka pojedynek między protagonistą a jego nemezis był dopracowany choreograficznie i emocjonujący. Zastanawiałam się tylko, kto będzie płacił za szkody...
Od strony technicznej seria prezentuje się całkiem nieźle: choć projekty postaci są dziwne jak na standardy anime, to widać od razu, że zostały szczegółowo opracowane. Animacja jest płynna i staranna.  Wprawdzie pojawiło się trochę komputerowej grafiki, ale na szczęście pod tym względem nie jest tak tragicznie jak w przypadku Garo. Muzyka też wpada w ucho (niech żyją pretensjonalne, mroczne chórki!). Na pewno będę oglądać dalej – anime jest dla mnie naprawdę pozytywnym zaskoczeniem.


Terra Formars

 
Opis: Naukowcy z XXI wieku postanowili zmienić środowisko na Marsie, by ludzie mogli przeżyć na jego powierzchni. Wpadli więc na niezwykle skuteczny i – co najważniejsze – tani w realizacji pomysł wysłania na Czerwoną Planetę karaluchów oraz pleśniaków, które miały absorbować światło słoneczne i żywić się martwymi robalami.
W 2577 roku wysłano na Marsa pierwszą ekspedycję, złożoną z sześciu osób. Na powierzchni planety ludzie napotkali jednak... niespodzianka! Gigantyczne, zmutowane karaluchy posiadające nadludzką siłę. Astronauci zostali w mgnieniu oka wybici, a ludzkość postanowiła wysłać na Marsa elitarnych wojowników w celu wyeliminowania karaluszych mutantów.
Pierwsze wrażenie: Czasem pojawiają się anime, których nawet sam opis wionie na kilometr czystym debilizmem. Futurystyczna seria traktująca o walce ludzi z karaluchami z Marsa? Tak, to jedna z tych serii, które albo będą dobre, albo zaleją widza morzem głupoty i pozostawią go z opadniętą do samej ziemi szczęką. Terra Formars definitywnie należy do tej drugiej kategorii. Dziwaczne założenia świata mogłyby być dobre, gdyby potraktowano je komediowo, ale w tym anime oni wyjechali z tymi karaluchami kompletnie na poważnie. Na domiar złego samo zawiązanie akcji jest potwornie sztampowe i kiczowate – mamy tu sieroty, dramaty życiowe, nieuleczalne choroby i zemstę (?) na kosmicznych wirusach (?), które przywleczono z kosmosu, bo przecież jakieś drobnoustroje bardzo obchodzi, że jakiś człowieczek je nienawidzi, czyż nie? Główny bohater jest kretynem na sterydach, a pozostałe postacie nie przewyższają go pod względem intelektu. W sumie jak na razie najsympatyczniejszym bohaterem był miś (obywatel amerykański) i aż mi się zrobiło szkoda, gdy zaszlachtowali to biedne, urocze zwierzątko, które chciało tylko oszczędzić nam męki dłuższego patrzenia na durne poczynania protagonisty.
Pod względem graficznym seria wypada jeszcze gorzej – dostaliśmy mnóstwo komputerowej grafiki, słabe, mało urozmaicone, zionące pustką tła i kulawą animację ruchu, a to wszystko ozdobiono cenzurą, zasłaniającą chwilami cały ekran. Na domiar złego projekty Pudzianoluchów karaluchów, które miały być w zamyśle straszne, są po prostu śmieszne. Taaak, to naprawdę zachęca do oglądania.


World Trigger

 
Opis: Pewnego dnia w pewnym mieście otworzyła się brama do równoległego wymiaru, z której wyłoniły się olbrzymie i – jak się zdawało – niepokonane potwory. Jedyną nadzieją zastraszonych mieszkańców jest tajemnicza grupa wojowników, która zaadaptowała technologię obcych, by walczyć z najeźdźcami.
Pierwsze wrażenie:
Zapowiada się typowo shounenowe postapo... wróć. Zapowiada się typowo japońskie shounenowe postapo. Co tam, że atakują nas potwory z innych wymiarów, do pracy i do szkoły i tak trzeba iść! Ale pomijając brak instynktu samozachowawczego wśród mieszkańców miasta, od strony fabularnej anime wydaje się mieć potencjał. Podoba mi się pomysł, by główny bohater nie zyskiwał mocy w pierwszym odcinku, ale już ją miał wcześniej. Poza tym protagonista – pomimo własnej fizycznej słabości – ma jasno sprecyzowane priorytety i kręgosłup moralny, choć chwilami jego skrajny idealizm potrafi zirytować (tak jak głos Yukiego Kajiego... czemu on jest wszędzie?).
Niestety, World Trigger to kolejna seria, która nie dostała zbyt dużego budżetu. Tła są ładne, ale animacja leży i kwiczy (polecam zwłaszcza przyjrzeć się tłumom w oddaleniu, można się nieźle ubawić). Postacie mają ubogą mimikę, co widać już od pierwszych scen, a kreska jest bardzo uproszczona i pozbawiona szczegółów. Dostajemy też – bo jakżeby inaczej – komputerowe potwory, choć przyznam, że akurat w tym anime nie wyglądają one aż tak źle. Podoba mi się za to opening, chociaż straszy potwornym ingriszem.
Podsumowując: grafika kulawa, ale bohaterowie są ogarnięci, a historia przedstawiona w ciekawy sposób, więc jak na razie jestem na tak.