Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima 2014. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 kwietnia 2014

Sezon anime zima 2014 - końcowe wrażenia, cz. IV i ostatnia

To już ostatnia część końcowych wrażeń z serii zakończonych w zimowym sezonie. Notki o moich pierwszych wrażeniach z wiosennych anime możecie się spodziewać mniej więcej za tydzień - akurat zdążą wyjść pierwsze odcinki wszystkich serii, na które rzucę okiem.

Saint Seiya Omega

  
Jestem jedną z tych niewielu osób, które w dzieciństwie nie oglądały w polskiej telewizji Rycerzy Zodiaku, a to z prostej przyczyny – zwyczajnie nie miałam programu, na którym to leciało. Jako że seria została przez wielu okrzyknięta kultową, postanowiłam nadrobić braki i w końcu ją obejrzeć. Akurat, gdy skończyłam, zaczęto emitować kontynuację popularnej dwadzieścia lat temu serii. Jedno jest pewne – nowa seria pokazała, jak nie powinno się robić anime.
Omega ma jedną zasadniczą wadę: bierze z pierwszej serii wszystko, co najgorsze, odrzucając wszelkie pozytywy, a w zamian dodając mnóstwo nowych wad. W efekcie powstała absolutnie niestrawna (przynajmniej do oglądania na serio) mieszanka, którą mało kto obejrzy z przyjemnością – fanów dawnej serii odrzuci na dzień dobry, a nowych widzów nie zachęci. Wygląda jednak na to, że w Japonii odniosła popularność, skoro wyemitowano prawie sto odcinków.
Anime składa się z dwóch części: pierwsza jest o walce z Marsem (ktoś tu chyba panteony pomylił), a druga opowiada o konflikcie z Pallas (tym razem ktoś nie zauważył, że w mitologii to ta sama osoba co Atena, shit happens). Obydwie z grubsza wyglądają tak samo – akcja rozwija się według identycznego schematu, wystarczy obejrzeć jedną i już wiadomo, jak skończy się druga. W dodatku w początkowej części wprowadzono nowe (bezsensowne) pomysły: moce polegające na żywiołach i pomniejszone wersje zbroi, z czego zrezygnowano w ogóle w części drugiej. Chyba najbardziej irytującym momentem serii były zapychacze na początku obu części (te pierwsze były mniej więcej na poziomie Bleachowego pieczenia tortu, drugie były nieco lepsze) – czemu nie wycięto połowy odcinków i nie skondensowano bardziej akcji? Zawsze dziwi mnie tego typu praktyka w anime. Poza tym nóż się w kieszeni otwierał podczas walki w Sanktuarium – tak, Brązowi znowu musieli walczyć ze Złotymi, przy czym większość pojedynków była żywcem zerżnięta z oryginalnego Saint Seiya.
Seria cierpi też na ewidentny problem z niedopasowaniem przyrostu mocy bohaterów. Pojawiają się coraz silniejsi wrogowie, więc bohaterowie też są coraz potężniejsi... do czasu pojawienia się podrzędnych sługusów kolejnego wroga, bo wtedy okazuje się, że nasi protagoniści są słabsi od niemowląt. W późniejszych epizodach zamęt z tym związany staje się jeszcze większy – są wrogowie, których Złoci Rycerze nie są w stanie tknąć, a których chwilę później pokonują Brązowi. Pomieszanie z poplątaniem.
Największą słabością Saint Seiya zawsze byli główni bohaterowie. Tym razem jest jeszcze gorzej niż zwykle, postaci są po prostu tak żałosne i nieciekawe (może z bardzo drobnymi, wręcz mikroskopijnymi wyjątkami), że aż się ich opisywać nie chce. Na poprawę humoru pojawiają się wprawdzie Legendarni Rycerze z poprzedniej serii (którym głosów użyczają Toru Furuya (Seiya – aktor się nie zmienił, więc nie dziwota, że brzmi jak staruszek), Hiroshi Kamiya (Shun nieszczęsny), Mamoru Miyano (Hyouga – ani razu nie wspomniał, że jego mama nie żyje! szok!), Ken Narita (Shiryu) oraz Tomokazu Sugita (czyli najbardziej odjazdowy Ikki w historii), więc przynajmniej jest kogo posłuchać. Złoci Rycerze, którzy wcześniej zawsze ratowali to anime, tym razem też dają ciała – żaden nie umywa się nawet do swoich poprzedników z oryginalnej serii, że już o Last Canvas miłościwie nie wspomnę (Gdzie się podziali faceci na miarę tamtejszego Rycerza Raka? Chyba wybito ich do nogi w poprzednich wojnach...).
A skoro mowa o czymś, czego nie było, to należy wspomnieć o animacji. Naprawdę, ja rozumiem mały budżet, ale stylizowanie anime na serię bardziej retro wcale nie pomogło ukryć kłopotów finansowych. Oszczędności widać nie tylko w scenach walk, ale nawet rozmowy nie są animowane. Dawno nie widziałam tyle slow motion i powtarzanych scen, już starocie są pod tym względem bardziej doprecyzowane.
Saint Seiya Omega może być zjadliwe dla widza tylko pod dwoma warunkami: albo szczerze polubi bohaterów (próbowałam, ale się nie udało), albo będzie oglądał dla czystej radości wyszydzenia wszelkich wad, bzdur i niedostatków, koniecznie w towarzystwie, które będzie się śmiać wraz z nim.
Moja ocena: 4/10, bo mimo wszystko dotrwałam do końca. 



Hoozuki no Reitetsu


Większość serii z ostatniego sezonu miało niezłe pierwsze odcinki, a potem poziom wchodził na równię pochyłą i sukcesywnie spadał. Hoozuki no Reitetsu jest przeciwieństwem tej tendencji – pierwszy odcinek był zdecydowanie najgorszy, najnudniejszy i najmniej śmieszny z całego anime. Gdyby nie to, że w drugim epizodzie rozśmieszyła mnie historia o Szatanie zwiedzającym japońskie piekło, pewnie nie dałabym tej serii kolejnej szansy, na którą z pewnością zasłużyła.
Hoozuki no Reitetsu to komedia i jako taka sprawdza się całkiem dobrze. Każdy odcinek podzielony jest na dwie historie. Niektóre z nich są zabawniejsze, inne lekko wieją nudą, ale wszystkie trzymają w miarę stabilny poziom. Rzecz jasna, głównym źródłem humoru jest postać głównego bohatera, Hozukiego, którego stoicki sposób bycia połączony z częstymi, aczkolwiek zawsze niespodziewanymi objawami wrednego, sadystycznego charakteru sprawia, że boją się go nawet władcy Piekieł. Świetnie wypadają także postacie drugoplanowe (moim faworytem został Królik, który żywi urazę do Jenota – był naprawdę przerażająco psychodeliczny w stylu Monty Pythona).
Anime powinno też dostać nagrodę za najbardziej fazowy opening sezonu.


Nawet jeśli nie spodoba się wam pierwszy odcinek, naprawdę warto dać tej serii szansę, choćby po to, by zobaczyć, jak Japończycy wyobrażają sobie piekło.
Moja ocena: 8/10.



Nagi no Asukara


Nie bardzo przepadam za seriami, których akcja skupia się li i jedynie na wątkach miłosnych, więc nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zacząć oglądać Nagi no Asukara. To anime to właściwie nie romans, a wielokąt romantyczny – aby zrozumieć kto, w kim, kiedy, dlaczego i jak bardzo się kocha, trzeba sobie rozrysować graf. Koniecznie na wielkiej kartce i wielką ilością wolnego miejsca na ewentualne korekty i dorysowanie kolejnych strzałek.
Można pokusić się o stwierdzenie, że Nagi no Asukara to anime o niemożności porozumienia się z innymi ludźmi... Szkoda tylko, że piękne przesłanie ukrywa się w bezdennym morzu głupoty i kiczu. Wszyscy bohaterowie tak straszliwie cierpią i ciągle płaczą, a w przerwach między pogrążaniem się w bólu nieszczęśliwej miłości rozpaczają nad nieodwzajemnionym uczuciem.
To właśnie postacie są największą wadą tej serii. Ja rozumiem, wiek gimnazjalny i te sprawy, ale powinni albo zachowywać się dojrzalej, albo nie robić ze swoich uczuć takich wielkich dram. Najgorszy pod tym względem jest Hikari – powiedzieć, że jest irytujący, to mało. Przez większość anime jego jedynymi reakcjami na przeciwności losu są agresja (bezpośrednia lub słowna) albo ucieczka. Już, już, widz ma nadzieję, że chłopak zaczyna się jednak ogarniać, ale wtedy nasz dzielny bohater zazwyczaj robi ogromny krok w tył i cała szopka zaczyna się od nowa.
Z kolei do gustu przypaść może fantastyczno-baśniowa otoczka serii, o ile, rzecz jasna, przełkniemy całkowity brak logiki i totalne olanie zasad fizyki w przedstawieniu podwodnego miasta. Anime może się poszczycić naprawdę ładną oprawą graficzną, utrzymaną w morskiej, błękitno-niebiesko-białej kolorystyce. Od strony muzycznej jest trochę gorzej, wprawdzie soundtrack nie jest zły, ale wypada bardzo blado – żadna z melodii nie zapadła mi w pamięć.
Moja ocena: 5/10.



Toaru Hikuushi e no Koiuta 


Są anime, które naprawdę potrafią wkurzyć dziurawą jak sito fabułą. Toaru Hikuushi e no Koiuta zaczęło się dość przeciętnie, ale z tendencją zwyżkową. Niestety, z odcinka na odcinek seria robiła się fabularnie coraz gorsza, aż człowiek miał wrażenie, że niedługo nie tylko osiągnie dno, ale je przebije i wypadnie gdzieś w Australii.  
Fabuła tego anime zlepiona z kalek: mamy tu wielką wyprawę, wielką wojnę, wielką zemstę, wielką miłość i wielkie szanse, że po dziesięciu minutach widz zacznie ziewać z nudów. Na domiar złego, choć seria ma być o grożącej wieloma niebezpieczeństwami wyprawie w nieznane, przez połowę seansu panuje irytujący sielsko-anielski klimat (z obowiązkowym odcinkiem plażowym i festiwalem kulturowym, podczas którego bohaterowie prowadzą kafejkę). W okolicach siódmego odcinka twórcy postanowili jednak zerwać z radosną otoczką i zabawić się w Shingeki no Kyojin, przeprowadzając czystkę wśród bohaterów... Z jednej strony szkoda, że nie zrobiono tego wcześniej, bo urozmaiciłoby to jakoś nudę, z drugiej – zabicie najsympatyczniejszych i najbardziej charakterystycznych bohaterów jest tak oczywistym, chamskim wyciskaczem łez, że wątpię, by ktokolwiek się na to nabrał. Zresztą prawie wszystkie rozwiązania fabularne i stosowane często-gęsto symbole z daleka trącą kiczem.
Fani militariów chwalą realistyczne przedstawienie jednostek latających i logikę podczas bitew. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, bo się na tym nie znam, ale moim zdaniem walki – poza jedną z końcowych odcinków – nie są zbytnio widowiskowe (i jak wszystko w tej serii, wieją nudą). Denerwowało mnie natomiast skrajne odpersonalizowanie wrogich jednostek – to „oni”, „wrogowie”, pozbawieni wszelkich indywidualnych cech, a nawet twarzy (bo bohaterowie zestrzeliwują samoloty, w których nie widać nawet sylwetek przeciwników). Dzięki temu anime uniknęło pokazywania skomplikowanego problemu – co czują dzieciaki (w końcu bohaterowie mają po naście lat), które wysłano na wojnę, by zabijały innych ludzi. Oni przecież tylko strzelają do maszyn.
Toaru... to graficzny koszmarek: projekty postaci są wybitnie toporne, a na dalszym planie (czasem nawet na bliższym) ich sylwetki przemieniają się w sztywne, pozbawione twarzy kukły. Poza tym główna bohaterka ma najwyraźniej perukę sprzężoną z cieniem do powiek – jak ją zakłada, na jej twarzy automatycznie pojawia się makijaż. Normalnie cuda niewidy. Animacja pojazdów wygląda nieco lepiej, ale wszechobecna grafika komputerowa może irytować.
Moja ocena: 4/10.



Sekai Seifuku 


Jak podbijać świat, to tylko na różowo!
Sekai Seifuku, anime o moe terrorystach, już od pierwszego odcinka szturmem podbiło moje serce. Może nie jest to jakaś wybitnie skomplikowana i zmieniająca oblicze anime historia, ale jako lekka, rozrywkowa komedyjka sprawdza się znakomicie. Co tu dużo mówić, seria jest głupia i skrajnie nierealistyczna, ale za to w sympatyczny, niewymuszony sposób. Co mnie zdziwiło, mało tu fanservice’u, a jeśli już jakiś się pojawia, to nie balansuje na granicy obrzydliwości, jak to się czasem zdarza. Poza tym seria w bardzo pozytywny sposób wyśmiewa schematy występujące zazwyczaj w tego typu anime – wystarczy spojrzeć, kim jest główna bohaterka i jak zabiera się do samego podbijania świata (oraz co i kogo podbija), że nie wspomnę już o wykorzystaniu takich klisz jak sceny transformacji głównych bohaterów czy znanego motywu „wystarczy, że założę maskę, a rodzona matka mnie nie pozna”.
Oprócz epizodycznych, humorystycznych historyjek pojawiły się też sceny bardziej dramatyczne – zwłaszcza w końcówce serii, ale twórcom udało się uniknąć zbytniej przesady, na koniec obracając nadchodzącą tragedię w komedię. Trzeba też przyznać, że mimo początkowego wrażenia epizodyczności, fabuła prowadzona jest konsekwentnie i spójnie, zmierzając do wieńczącego główny wątek finału.
Cóż można jeszcze dodać? Jeśli nie wierzycie, że palenie tytoniu jest złe i szkodliwe dla zdrowia, koniecznie obejrzyjcie to anime.
Moja ocena: 7/10.



Magi: The Kingdom of Magic


Jako że jestem na bieżąco z mangą Magi, znałam dokładnie przebieg fabularny drugiego sezonu anime, więc nie będę się nad nim zbytnio rozwodzić. Powiem tylko, że jest to ekranizacja najlepszej jak dotąd części historii (będącej dowodem na prawdziwy talent Magi do tworzenia trudnych do zażegnania, skomplikowanych konfliktów politycznych, w których właściwie żadna ze stron nie ma racji), więc jeśli komuś spodobał się sezon pierwszy, tym bardziej powinien sięgnąć po drugi, zwłaszcza że tym razem studio animacyjne nie pokusiło się o przeróbki oryginalnego scenariusza. I dobrze, bo oszczędzili mi takiego zgrzytania zębami jak pod koniec poprzedniej serii, kiedy zaserwowano nam ogromną porcję głupoty i bezsensu.
Od strony graficznej seria również wypada lepiej niż jej poprzedniczka, chociaż zdarzały się pod tym względem gorsze epizody, a podczas ostatecznej walki z ostatnich epizodów miałam wrażenie, że ktoś tu źle rozplanował fundusze – chwilami animacja była wybitnie toporna. Mimo wszystko fajnie było znowu zobaczyć wszystkich tych bohaterów w ruchu i kolorze. Openingi i endingi też są całkiem niezłe, ale żaden nie spodobał mi się tak bardzo jak czołówka z pierwszej serii, za to soundtrack wyraźnie ewoluował w dobrym kierunku.
Moja ocena: 9/10.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Sezon anime zima 2014 - końcowe wrażenia, cz. III



Kill la Kill



Nowa seria twórców Tengen Toppa Gurren Lagann to od samiutkiego początku dzika jazda bez trzymanki. Co nam tam zdrowy rozsądek, realizm, proza życia codziennego czy choćby zwyczajna proporcjonalność, w Kill la Kill wszystko dzieje się szybciej, dosadniej, patetyczniej i ogólnie bardziej.
Do tego anime trzeba podchodzić z dużym dystansem i niczego nie traktować na serio. Już samo wyjściowe założenie serii – bojowe mundurki szkolne – z daleka trąci niebywałym absurdem, a dalej jest pod tym względem jeszcze gorzej, szczególnie po wprowadzeniu iście Gombrowiczowskiej opozycji nagość-ubranie, kosmitów i karkołomnego planu ratowania przed nimi świata. Za to jedno jest pewne: po obejrzeniu Kill la Kill fraza „świecić gołym tyłkiem” nabiera nowych, dość niepokojących znaczeń. Wszechobecny fanserwis, podciągnięty do roli jednego z naczelnych praw rządzących logiką serii, może albo zniechęcić, albo przyciągnąć niczym lep na muchy żądnych tego typu wrażeń fanów. Osobiście zdecydowałam się go ignorować, bo bez tego pewnie nie dałabym rady obejrzeć Kill la Kill do końca (choć w końcowych odcinkach nawet i ja wymiękłam – większość scen z Ragyou była po prostu niesmaczna i obrzydliwa, znacznie obniżyłam wtedy swoją ocenę serii).
Anime jest całkowicie nastawione na rozrywkę, nie niesie żadnego głębszego przesłania, a i o skomplikowanej fabule nie ma co marzyć. Irytuje nieco ślamazarność pierwszych odcinków, opartych na schemacie „potwór tygodnia”, ale na szczęście twórcy szybko od tego odchodzą. Mimo wszystko to pod względem fabularnym seria zawodzi najbardziej – poza przejaskrawioną i zwariowaną otoczką nie ma tu w zasadzie nic oryginalnego.
Postaci – tak jak zresztą wszystko w tym anime – są przekombinowane i przerysowane, zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i w sposób działania. Nie będę się o nich za dużo rozpisywać, bo łatwo tu o spoiler, wspomnę może tylko, że moją ulubienicą została Mako Mankanshoku, postać stworzona z myślą o efekcie komediowym, ale jakże przy tym urocza. No i to jej „Alleluja”... 

Tyle dużo Mako!
 
Pod względem graficznym seria nie prezentuje się zbyt ładnie – można powiedzieć, że nawiązuje pod tym względem do stylistyki typowej dla zachodniej animacji. W każdym razie widać, że ograniczenia budżetowe twórcy postanowili wykorzystać jako środek wyrazu, bo nie tylko ich nie ukrywają, ale jawnie świecą nimi po oczach. Z kolei muzyka jest świetna – co mnie nie zdziwiło, bo jej twórcą jest Hiroyuki Sawano, który wcześniej skomponował OST do Gilty Crown czy Attack on Titan. Zdaje się, że i ten jego soundtrack na stale zagości na mojej playliście.
Moja ocena: 6/10.



Golden Time


Kolejne (które to już?) rozczarowanie poprzednich sezonów. Anime zaczęło się przyzwoicie i zapowiadało się na całkiem porządną komedię romantyczno-obyczajową. Tak było do momentu wprowadzenia wątku amnezji, po którym to zabiegu pozostało się tylko za głowę złapać i patrzyć, jak scenariusz sam się obraca w ruinę. Jeszcze sceny komediowe wychodziły jako-tako, ale gdy tylko seria próbowała być bardziej dramatyczna, stawała się gniotem nie do oglądania.  
Główny problem tego anime polega na tym, że bohaterowie sami nie wiedzą, czego chcą. W jednej chwili są w sobie niebotycznie zakochani, by potem nagle stwierdzić, że im przeszło, bo napotkali w związku jakiś problem. Założę się, że zamysłem twórców było wzbudzenie w widzu współczucia dla ciężko doświadczonych bohaterów, ale udało im się wywołać tylko irytację i zgrzytanie zębami. Wszystkie postacie z Golden Time są chyba upośledzone emocjonalnie, a ich reakcje na trudności przywodzą na myśl przedszkolaków, nie dorosłych ludzi na studiach. Zresztą, samego studiowania tu jak na lekarstwo – bohaterowie niby są na prawie, więc dziwię się, że jeszcze ich nie wywalili ze studiów za totalny brak nauki.
Kolejnym gwoździem do trumny serii są bohaterowie. Początkowo nawet polubiłam Koko – jako że już na pierwszy rzut oka widać było, że posiada całkiem sporo wad, co jest ewenementem w anime romantycznych, w których bohaterki są raczej skrajnie wyidealizowanymi konstruktami niż realistycznie przedstawionymi ludźmi. Cóż z tego, kiedy realizm szybko poszedł się paść, a wahania nastrojów i szalone akcje Koko szybko zaczęły irytować i zwyczajnie nudzić. Jeśli chodzi o Banriego, to mam tylko jedno do powiedzenia – nie. Mięczak, który wpada w dziką panikę i na każdy problem reaguje ucieczką albo zaszyciem się w kącie w celu wypłakiwania sobie oczu, a na domiar złego zrzuca winę za swoje niepowodzenia na innych, nie jest według mnie bohaterem. Nie jest nawet facetem, tylko amebą. Niech więc jak najszybciej odpłynie w morze niepamięci, tak jak cała ta seria.
Moja ocena: 5/10.

Strike the Blood


W ostatnich sezonach sporo było anime szkolno-przygodowych o nastolatkach z nadnaturalnymi mocami. Wśród nich Strike the Blood jest pozycją nie najgorszą, ale w żaden sposób nie wybijającą się ponad przeciętność. Już po obejrzeniu pierwszego odcinka nasuwa się niezwykłe podobieństwo do Toaru Majutsu no Index – zarówno jeśli chodzi o sposób budowania fabuły, jak i same postacie. Zresztą nic w tym dziwnego, skoro obie serie są adaptacjami light novel z tego samego gatunku.
Jak na mój gust w serii było trochę za dużo fanserwisu, choć harem gromadzący się wokół bohatera tym razem tak nie raził w oczy, jak to bywa w tego typu anime (przynajmniej bohaterki w większości były sensowne, a protagonista, choć nadmierną inteligencją nie grzeszył, kiedy przychodziło co do czego, potrafił przynajmniej porządnie przyłożyć przeciwnikowi, nie wygłaszając przy tym długich i nudnych przemów). Anime składa się z paru kilkuodcinkowych (zazwyczaj zajmowały około czterech epizodów) historii, z których każda całkiem nieźle się broni, ale szkoda, że nie łączą się w jakąś bardziej złożoną całość – ot, bohater raz jeszcze wpada po uszy w kłopoty, walczy z innymi przeciwnikami, „zalicza” (a właściwie podgryza jako rasowy wampir) kolejne panienki i odblokowuje nową moc. I tak w koło Macieju, praktycznie bez żadnych urozmaiceń schematu.
Moja ocena: 7/10.

Gin no Saji 


Właściwie moje wrażenia po tej serii mogę krótko i zwięźle podsumować jednym obrazkiem:  


Gin no Saji 2 to najokrutniejsza seria, jaką me oczy widziały. Nikt tak jak Arakawa nie potrafi dobić swoich fanów. Autorka mangi, na podstawie której powstało to anime, doskonale wie, kiedy bez ostrzeżenia przywalić widzowi w żołądek, by naprawdę zabolało. Bez skrupułów miażdży uczucia oglądającego, płynnie przechodząc z sympatycznej komedii do podanego bez żadnych umileń, obdartego ze złudzeń, brutalnego, codziennego życia.
Drugi sezon Gin no Saji jest bezpośrednią kontynuacją pierwszego. Widać, że postaci powoli ewoluują, zmienia się ich podejście do życia, a fabuła – choć niespiesznie – wciąż nabiera rozpędu. Refleksyjno-melancholijny klimat przeplata się na zmianę z dowcipnymi scenami i humorem słownym, a autorce udaje się zachować pomiędzy nimi idealną równowagę.
Od strony technicznej seria prezentuje się właściwie tak samo jak sezon poprzedni. Czołówce i piosence końcowej towarzyszą bardzo przyjemne piosenki, warto też zwrócić uwagę na przeurocze akwarelowe grafiki z endingu. Aż żal sobie ich na tapetę nie przerobić. 


Nie potrafię pisać o tym anime inaczej niż w samych superlatywach. Po namyśle stwierdziłam, że drugi sezon był dużo lepszy od pierwszego, stąd najwyższa możliwa ocena.
Moja ocena 10/10.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Sezon anime zima 2014 - końcowe wrażenia, cz. II

Hamatora 



Kolejna seria tego sezonu, która nieco rozczarowuje. Anime ma fajny klimat (coś w rodzaju połączenia Baccano! z K), poza tym niektóre żarty słowne i sytuacyjne też dawały radę, ale całość jest bardzo przeciętna. Twórcy najwyraźniej mieli problemy ze znalezieniem złotego środka między komedią a dramatem – przejście w ciągu paru sekund z zabawnego skeczu do brutalnego morderstwa nie wpływa dobrze na odbiór serii, przynajmniej w moim przypadku. Hamatora, będąc przede wszystkim serią głównie rozrywkową, próbuje też odpowiedzieć na pytania o różnice między wyjątkowością a przeciętnością, przedstawiając reakcje zwykłych ludzi na pojawienie się osób z nadnaturalnymi zdolnościami. Tyle że robi to w sposób niezwykle powierzchowny i niezgrabny – wiele serii poruszało już ten temat i właściwie większość z nich robiła to dużo lepiej. W zasadzie cały rozdmuchany konflikt społeczny sprowadza się jedynie do generalnych zamieszek. Na koniec serii twórcy podejmują próbę kulminacyjnego rozładowania napięcia przez pojedynek Tego Dobrego i Naczelnego Psychopaty. Szkoda tylko, że zapomnieli zakończyć wszystkie inne wątki, w efekcie czego całość wypada niezwykle blado.
Jeśli chodzi o bohaterów, to są typową dla serii o nadnaturalnych zdolnościach zbieraniną indywiduów, przy czym każdego z nich już gdzieś w jakimś anime widzieliśmy. Większość z nich w zasadzie nie wychodzi poza narzucone od samego początku role. Z kolei Naczelny Psychopata był naprawdę dziwaczny, a jego plan wprowadzenia złych knowań w życie przypomniał mi analizę opka o przekombinowanym elfim łuczniku, która jakiś czas temu ukazała się na Przyczajonej Logice.
http://przyczajona-logika.blogspot.com/2012/02/elfi-ucznik-i-przekombinowane-wszystko.html
Graficznie seria jest wyjątkowo nierówna, a niektóre odcinki i sceny są wyraźnie robione na odwal. Uwagę zwracają przede wszystkim niebywale jaskrawe kolorki, które przyprawiają wręcz o oczopląs. Z kolei muzyka – po raz kolejny przywodząca na myśl Baccano! i Durararę!! – jest warta uwagi.
Anime pewnie otrzymałoby wyższą notę, gdyby nie to, że kończy się wkurzającym cliffhangerem, który chyba każdemu skojarzy się z pierwszym Code Geassem. I tak jak w wypadku tej kultowej serii, zapowiedziano już kontynuację.
Moja ocena: 6/10.



Tokyo Ravens 



Rzadko się zdarza, żeby seria pod względem fabularnym nawet znośna była aż takim graficznym koszmarkiem jak Tokyo Ravens. Nieciekawe, zrobione jak od kalki projekty postaci, paskudne komputerowe animacje i uproszczenia grafiki potrafią naprawdę obrzydzić seans. Anime próbuje nadrabiać braki techniczne starannie rozbudowanym światem, ale okazuje się on – co nietypowe – zbyt szczegółowo przedstawiony, żeby widz, który nie robił notatek podczas seansu, mógł się w tym wszystkim połapać. Widać, że do serii upchnięto wszystko, co się dało, w efekcie czego zabrakło czasu na dokładne wyjaśnienia dość skomplikowanych założeń i niektórych pobocznych kwestii. Kuleje także sam rozwój fabularny – początkowo mamy kilka opartych głównie o beznadziejny fanserwis luźniejszych epizodów humorystycznych, które bez żadnych szkód dla fabuły można by wyciąć, dzięki czemu być może wciśnięta do paru epizodów dynamiczna końcówka stałaby się mniej chaotyczna.
Seans nieco ratują interesujące postaci, choć irytująco bierny główny bohater może naprawdę zniechęcić do oglądania tego anime. Na uwagę zasługuje za to cała zgraja postaci drugoplanowych, z których moim faworytem został Ootomo. Ale cóż z tego, że pojawia się kilku ciekawych bohaterów, skoro nie dowiadujemy się o nich nic więcej, a ich rola ogranicza się do bezsensownego miotania się tam i z powrotem po scenariuszu.
Zawiodło mnie też zakończenie. Wprawdzie główne wątki zostały zamknięte, to nie wyjaśniono do końca naprawdę wielu kwestii. Od razu widać, że to jeszcze nie koniec historii, a twórcy zostawili sobie otwartą furtkę do kontynuacji – miejmy nadzieję, że będzie miała ona dużo większy budżet.
Moja ocena: 5/10.



Chūnibyō demo Koi ga Shitai! Ren



Kolejna seria, która mnie w tym sezonie zawiodła, aczkolwiek w tym przypadku od początku byłam przekonana, że ta kontynuacja nie może skończyć się dobrze. Pierwsza seria Chūnibyō... miała zbyt pełne i zamknięte zakończenie, żeby stworzyć po tym sensowny dalszy ciąg. W efekcie otrzymaliśmy pozbawioną głębszego przesłania typową komedyjkę od KyonAni, ładną, a jednocześnie pustą jak wydmuszka historyjkę o licealistach. Szkoda mi nieco zaprzepaszczonego potencjału, przejawiającego się szczególnie w nikłym rozwoju wątku romantycznego i praktycznym braku pogłębiania więzi między postaciami. Niemniej jednak, jeśli ktoś ma ochotę na chwilę niezobowiązującej rozrywki przy ładnym graficznie anime, druga seria Chūnibyō demo Koi ga Shitai! powinna mu się spodobać.
Moja ocena: 6/10.

Samurai Flamenco



Ta notka nie ma szczęścia do dobrych anime, ponieważ ostatnia oceniana w niej seria to największe rozczarowanie ostatnich dwóch sezonów, czyli niesławny Samurai Flamenco.
A zaczęło się naprawdę dobrze. Już sama zapowiedź serii o superbohaterach opartej na oryginalnym scenariuszu dawała spore nadzieje. Pierwsze odcinki jeszcze je pogłębiły – historia o chłopaku, który wprawdzie nie ma nadnaturalnych zdolności, ale i tak postanowił wcielić w życie swoje marzenie o zostaniu wielkim bohaterem, włócząc się w czerwonym kostiumie po mieście i pouczając ludzi wystawiających śmieci o nieprawidłowych porach, może nie powalała, ale rokowała na całkiem sympatyczne anime. Tymczasem po paru odcinkach twórcy postanowili diametralnie zmienić całą estetykę serii na fantastyczno-groteskową, pozbawioną nawet szczątkowego realizmu parodię typowego sentaia. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że po kilku kolejnych epizodach estetyka znowu się zmieniła. I znowu. I znowu. Początkowo żywiłam się złudzeniami, że to żart i zaraz się okaże, że bohaterowie anime kręcą wyjątkowo głupi serial. Niestety, moje nadzieje okazały się płonne. Każda część nawiązuje do całkiem innych schematów historii o superbohaterach, w efekcie całość wygląda jak sklecona naprędce z użyciem zardzewiałych gwoździ i zbyt ciężkiego młotka. Gdybym miała oceniać pierwsze parę odcinków, dałabym im może 8 punktów, kolejne nie otrzymałyby jednak not wyższych niż 3, w porywach do 5. A samo zakończenie... Aż brak mi słów, 1/10 to za nie za dużo.
Moja ocena całości: 3/10.