Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna 2014. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lipca 2014

Sezon anime wiosna 2014 - końcowe wrażenia, cz. III i ostatnia

Black Bullet


Opis: W niedalekiej przyszłości ludzkość została pokonana przez pasożytnicze wirusy zwane Gastrea. Ocalałe niedobitki mieszkają na niewielkim terytorium i żyją w strachu. Główny bohater, Rentaro, to chłopak, który należy do „Ochrony Obywatelskiej” – organizacji specjalizującej się w walce z Gastreami. Zazwyczaj udaje mu się ukończyć najniebezpieczniejsze misje. Jego partnerką jest mała dziewczynka, Enju, która posiada niezwykłe moce. Pewnego dnia otrzymują od rządu sekretną misję, od której powodzenia zależeć będzie istnienie całego Tokio.
Końcowe wrażenia:
Kolejna seria z wiosennego sezonu, która zawodzi na całej linii. Temat przewodni jest stary jak świat: potwory nie do pokonania i zagrożona ludzkość, która próbuje za wszelką cenę przetrwać. Gorzej, niestety, jest z realizacją tego schematu: najskuteczniejszą „bronią” przeciwko monstrom są małe dziewczynki zainfekowane przez Gastrea i dzięki temu posiadające nadludzkie moce. Już pomijam sam fakt nagromadzenia loli w serii, ale niezwykle irytowało mnie przedstawienie zachowania „zwykłych” ludzi w stosunku do „zainfekowanych” dzieci. Niechęć i lęk to zrozumiała reakcja na obcość, ale prześladowanie małolat w sytuacji, gdy tylko one mogą ocalić tyłki wszystkim mieszkańcom miasta, to skrajny idiotyzm, służący tylko temu, żeby widz jeszcze bardziej współczuł i tak już niezasłużenie cierpiącym dziewuszkom. Właściwie to wszyscy bohaterowie tego anime są straszliwie pokrzywdzeni przez los, fatum, przeznaczenie, ludzkość, insekty, powietrze... a zapewne także przez panią z monopolowego, która nie daje kupować na krechę i nie wydała grosika. Dawno nie oglądałam takiego stężenia angstu, mroku, patosu i dramatyzmu – seria wypchana jest tym do tego stopnia, że zaczyna to być komiczne. Gdyby ktoś mnie zapytał, o czym jest Black Bullet, odpowiedziałabym, że to anime, w którym giną małe dziewczynki, a potem małe dziewczynki zostają zabite, a potem umiera jeszcze więcej małych dziewczynek... I to byłoby bardzo smutne, gdyby nie było aż tak przewidywalne – bo choć pierwsze odcinki serii mogą zaszokować, to późniejsze tylko powtarzają przyjęty na początku schemat.
W serii gołym okiem widać cięcia na fabule pierwowzoru, tak jakby twórcy chcieli za dużo upchnąć w jednym odcinku – wydarzenia następują po sobie zbyt szybko, a skoncentrowanie traum bohaterów na metr sześcienny straszliwe męczy, powodując jednocześnie, że w wielu odcinkach brak jest silnego punktu kulminacyjnego. Pojawia się wiele absurdów, czasem działania bohaterów są tak nielogiczne, że wydają się mieć tylko jedno wytłumaczenie – twórcy scenariusza stwierdzili, że musi być bardziej dramatycznie. Bardzo po łepkach potraktowany został także świat przedstawiony – mnie osobiście interesowało, skąd wzięły się potworne robale i jak w ogóle funkcjonuje świat (np. co się dzieje z innymi państwami), ale seria skupiła się na bezmyślnej nawalance i przygodach protagonisty.
A skoro już o nim mowa – głównym bohaterem Black Bullet jest trauma, a bohater ma ją średnio raz na pięć minut. Rentaro początkowo wydawał się bohaterem charakternym, sympatycznym, a także ogarniętym. Niestety, kolejne odcinki szybko wyprowadziły mnie z błędu – scenariusz potwornie zmasakrował charakter protagonisty, każąc działać mu skrajnie nielogicznie i przysparzając mu traumę po traumie. Dodatkowo przyczynił się do tego seiyu postaci – Yuki Kaji, który potrafi swoim głosem sprawić, że każdy bohater staje się emo. Cóż, w tej serii nawet inny aktor by nie pomógł... Pozostali bohaterowie cierpią na tę samą przypadłość co biedny Rentaro – choć początkowo wydawali się ciekawi, scenariusz szybko pozbawiał ich charaktery wewnętrznej spójności.
Od strony graficznej seria prezentuje się całkiem dobrze, choć moim zdaniem zbyt słodka, ładna kreska trochę nie pasuje do charakteru serii. Najbardziej irytowały mnie jednak projekty potworów – choć same w sobie nie były złe, to ich potworna, komputerowa animacja okropnie gryzła się z tradycyjnym rysunkiem.
Serii nie polecam – dziury fabularne, niekonsekwencje i absurdy bardzo irytują podczas seansu. Jest wiele dużo lepszych serii o walce ludzkości z potworami, które grożą jej zagładą, więc nie opłaca się marnować czasu na tak słabe anime.
Moja ocena: 5/10.


Soredemo Sekai wa Utsukushii


Opis: Nike, czwarta księżniczka Księstwa Deszczu, która posiada moc przywoływania deszczu, przybywa do Królestwa Słońca, by ze względów politycznych poślubić króla Liviusa. Wkrótce odkrywa, że władca, który w zaledwie trzy lata podbił cały świat, to wciąż dzieciak. W dodatku z czystej ciekawości chce zmusić Nike, by przyzwała deszcz...
Końcowe wrażenia:
Soredemo Sekai wa Utsukushii to shoujo z dość nietypowym romansem: główna bohaterka jest starsza od wybranka swego serca. Seria jest optymistycznie naiwna, ale nie przesadnie słodka, stanowi bardzo dobry poprawiacz nastroju i zwyczajnie przyjemnie się ją ogląda. Mimo to trochę jestem rozczarowana brakiem bardziej „politycznych” wątków – twórcy mieli tyle możliwości wplątania w całość jakichś dworskich intryg, praktycznie wcale z nich nie skorzystali. Zresztą cała fabuła czysto pretekstowa – następujące po sobie epizody zawierają powtarzalny schemat: ktoś rzuca kłody pod nogi głównym bohaterom, bo nagle wszyscy mają coś przeciwko temu zaaranżowanemu małżeństwu. Oczywiście wszystko to służy tylko pogłębieniu więzi między dwójką głównych bohaterów – anime koncentruje się na wątku romansowym i trzeba przyznać, że robi to całkiem nieźle, bo faktycznie da się odczuć chemię między Nike i Liviusem.
Największą zaletą serii jest fajna główna bohaterka. Nike to równa babka, która nie daje sobie w kaszę dmuchać i od razu można ją polubić. Choć znalazła się w dość dziwnej sytuacji, mimo to się nie załamuje, tylko próbuje się przekonać do Liviego. Chociaż jest to postać wyraźnie przesłodzona i wyidealizowana, to – co dziwne – jej naiwność i optymizm wcale mnie nie irytowały. Z kolei Livius to piętnastolatek najwyraźniej zbyt dojrzały na swój wiek (no cóż, jak zostało się królem, to nie ma czasu na dziecinadę), a przy tym złośliwy, arogancki, zazdrosny i nieco narcystyczny, jego charakter świetnie więc kontrastuje z usposobieniem Nike, która również nie pozwala rozstawiać się po kątach. Z czasem dowiadujemy się, że oziębłe zachowanie młodocianego króla ma swoje uzasadnienie w dość tragicznej (bo jakżeby inaczej!) przeszłości, a chłopak okazuje się zdolny do wielkich poświęceń dla osoby, którą kocha. W każdym razie jako bohater również daje się polubić, choć z oczywistych względów nie jest to bishounen, do którego można sobie powzdychać.
Grafikę tego anime oceniłabym na poprawną, rzemieślniczą robotę. Nie jest to arcydzieło, ale nie zauważyłam niczego, co by mnie szczególnie irytowało – seria nie odstaje od standardów współczesnej animacji. Wielką zaletą jest natomiast to, że bohaterowie często zmieniają ubrania i nie paradują ciągle w jednym stroju, a niektóre kreacje Nike były naprawdę ładne. Z kolei muzyka jest trochę zbyt pompatyczna dla tego typu serii, choć podobał mi się energiczny opening. Poza tym piosenka przywołująca deszcz, którą często-gęsto śpiewa główna bohaterka, straszy ingrishem i najzwyczajniej w świecie zabija każdą podniosłą scenę, bo jest po prostu śmieszna,
Moja ocena: 8/10.


Mekaku City Actors


Opis: Czternastego i piętnastego sierpnia ma miejsce seria incydentów, która zbliża do siebie kilkoro chłopaków i dziewczyn. Tworzą oni grupę zwaną „Mekakushi Dan” („Ślepa Organizacja”), a każdy z jej członków posiada jakąś dziwną moc związaną z oczami. Czy uda im się odkryć, co stoi za zagadkowymi wypadkami?
Końcowe wrażenia:
Jestem jedną z nielicznych (jak się wydaje) osób, które nie miały wcześniej do czynienia z mangą ani z piosenkami, na których opiera się to anime, ale muszę przyznać, że seria mi się podobała – choć czytałam, że osoby które znały wcześniej pierwowzory, bardzo narzekały na jej wykonanie. Mekaku City Actors trafiło w moje gusta prawdopodobnie dlatego, że uwielbiam takie złożone historie, które początkowo wydają się niezwykle chaotyczne, ale tak naprawdę to kontrolowany chaos i na końcu wszystko zaczyna się łączyć i wyjaśniać (choć seria nie była pod tym względem tak udana jak niedoścignione Baccano). Początkowe odcinki były jednak nieco nudnawe, a zakończenie trochę mnie rozczarowało, bo rozwiązanie wszystkich problemów okazało się zbyt proste i oczywiste, ale mimo wszystko całokształt wypadł całkiem nieźle.
Produkcją tego anime zajęło się studio Shaft i w serii ujawniają się cechy wszystkich dzieł tej wytwórni, które dla jednych są wadami, a dla innych największymi zaletami anime. Przede wszystkim pojawia się typowe Shaftu przegadanie – Mekaku City to jedna z tych serii, w których właściwa historia bardziej kryje się w słowach postaci niż w wydarzeniach. Być może niektórych to odrzuci, ale ja uważam, że dobre dialogi są czasem lepsze od całego odcinka wartkiej akcji. Nie każdemu spodoba się także specyficzny styl graficzny Shaftu. Ja – jak już pisałam – jestem do niego przyzwyczajona, więc prawie nie zwracałam uwagi na statyczne tła i dziwne pozy bohaterów. Widać, że w tym anime postawiono raczej na dość ascetyczną oprawę graficzną, co moim zdaniem się dobrze sprawdziło, choć w wielu miejscach widać aż nazbyt idące uproszczenia.
Mekaku City stoi na wysokim poziomie pod względem muzycznym. W anime pojawia się wiele vocaloidowych piosenek, seria może się poszczycić także ślicznym endingiem i świetnym openingiem, chyba najlepszym spośród wszystkich serii tego sezonu.


Podsumowując, serię mogę polecić osobom, które lubią tematykę supermocy, a także wszystkim miłośnikom zagmatwanych, szkatułkowych opowieści o misternie zbudowanym scenariuszu.

Moja ocena: 8/10. 

sobota, 5 lipca 2014

Sezon anime wiosna 2014 - końcowe wrażenia, cz. II

Hitsugi no Chaika 


Opis: Toru Acura jest dwudziestoletnim byłym żołnierzem, który wiedzie ciężki powojenny żywot. Pewnego dnia spotyka Czajkę Trabant, czternastoletnią magiczkę, która dźwiga na plecach trumnę, i postanawia wyruszyć wraz z nią w podróż, by na nowo nadać znaczenie swojemu życiu. Towarzyszy im także przyszywana siostra Toru, Akari.
Końcowe wrażenia:
Anime zaczęło się niezbyt obiecująco, ale w drugim odcinku główny bohater kupił mnie swoim cynicznym podejściem do życia, kiedy to na stwierdzenie, że jego działania mogą spowodować wybuch nowej wojny, odparł, że świetnie, bo po nastaniu pokoju nie ma czego do garnka włożyć.  
W sumie fabularnie seria nie jest szczególnie porywająca, ale przyznam, że tajemnica przeszłości Czajki wraz z kolejnymi odcinkami zaczynała mnie coraz bardziej intrygować. Również przedstawiony w anime świat jest zadziwiająco spójny, choć wciąż wiele o nim nie wiemy. Przez cały sezon fabuła posuwała się nieśpiesznie naprzód, praktycznie nie było typowych dla serii przygodowych odcinków-zapychaczy i nawet spokojniejsze epizody miały wpływ na rozwój wydarzeń lub relacji między postaciami. Spodobał mi się nawet wątek miłosny, pewnie dlatego, że został przedstawiony z wyczuciem – wymuszony romantyzm nie bije po oczach, za to widać, że z odcinka na odcinek coraz bardziej pogłębia się więź między bohaterami.  
Z kolei sami bohaterowie są całkiem sympatyczni. Nawet dziwaczna maniera Czajki mówienia pojedynczymi słowami po pewnym czasie przestaje irytować, choć początkowo miałam ochotę zastrzelić główną bohaterkę. Za wielką zaletę serii uważam to, że postaci są zadziwiająco  kompetentne w tym, co robią. Nie ma tu łamag potykających się o własne nogi i bezmyślnych cielątek, które ciągle trzeba ratować z opresji. Wręcz przeciwnie, od razu widać, że bohaterowie są doświadczonymi wojownikami, a przy tym żadne z nich nie podpada pod kategorię „Mary Sue”.
Dość nietrafiony wydał mi się natomiast pomysł autora, żeby niektórych bohaterów ponazywać od marek samochodów. Np. imię i nazwisko „Czajka Trabant” budzi efekt komiczny, a mam wrażenie, że autorowi chyba nie o to chodziło.
Hitsugi no Chaika to jedna z serii, które idą za nową modą – producenci nie robią 26 odcinków na odwal, ale wypuszczają dwa kilkunastoodcinkowe sezony z przerwą pomiędzy ich emisją. W związku z tym zapowiedziano już drugi sezon tego anime na jesień. Wydaje mi się, że serię będzie można w pełni ocenić dopiero po wyemitowaniu drugiego sezonu, sama jedynka jest ciekawa, ale nie jakoś szczególnie porywająca, nie ma w sobie tego „czegoś”, co sprawia, że nie można się doczekać następnego odcinka. Mimo wszystko dam szansę drugiemu sezonowi.
Moja ocena: 7/10.

No Game No Life


Opis: Sora i Shiro to brat i siostra, którzy oficjalnie są NEET-ami i hikikomori, a prywatnie genialnymi graczami, żywymi legendami Internetu. Jak na osobników z fobią socjalną przystało, uważają realne życie za kolejną „beznadziejną grę” i nie chcą mieć z nim nic do czynienia. Pewnego dnia chłopiec, który nazywa siebie „bogiem” wzywa ich do innego świata, w którym o wszystkim decyduje się za pomocą gier. Jak poradzi tam sobie nasze rodzeństwo?
Końcowe wrażenia:
To anime to zdecydowanie największe pozytywne zaskoczenie minionego sezonu.  Ta seria posiada właściwie wszystko, co jest konieczne, by odnieść sukces: świetnych bohaterów, logiczną, dobrze skonstruowaną fabułę, mnóstwo nawiązań do JoJo i innych kultowych serii, a przede wszystkim całe wiadra gagów, który naprawdę śmieszą. Wprawdzie dziwaczna, jaskrawo-pastelowa kolorystyka może odrzucić potencjalnych widzów, ale gdy człowiek już się do niej przyzwyczai, nie może sobie wyobrazić, jak ta seria mogłaby wyglądać bez tej obłąkanej feerii barw.  
Największą zaletą anime są jednak postacie, których po prostu nie da się od razu nie polubić – z jednej strony to typowi Gary Stu i Mary Sue, z drugiej widać, że ich nadzwyczajny intelekt nie ułatwiał im życia, a sami Sora i Shiro mają mnóstwo wad, spośród których lęk społeczny jest chyba najmniejszym z problemów.  Jak już wspomniałam w notce z pierwszymi wrażeniami, bohaterowie nie tylko wolą scenariusza zostali określeni geniuszami, ale naprawdę są bardzo inteligentni. Co więcej, są przy tym strasznie fajnymi i pozytywnymi nerdami – sypią na prawo i lewo aluzjami do znanych anime i gier, wypowiadają wojnę jednej z zamieszkujących fantastyczny świat ras tylko dlatego, że należą do niej dziewczyny ze zwierzęcymi uszkami, i mają generalnie niesamowity ubaw, gdy trafiają do świata, gdzie o wszystkim decydują gry – żadne tam użalanie się nad swoim losem i ratowanie świata czy ludzkości (no, może przy okazji); Sora i Shiro od razu rzucają się w wir zabawy.
Anime zawiera, niestety, całkiem sporo wstawek ecchi, ale nie są one zbyt nachalne i zazwyczaj mają usprawiedliwienie w scenariuszu lub służą ośmieszeniu przywar postaci. W każdym razie nie było tego aż tak dużo, żeby nie dało się tego ignorować, jeśli ktoś nie lubi tego typu fanserwisu.  
Największą wadą tego anime jest jednak to, że kończy się podłym cliffhangerem, a na razie nie słyszałam nic o planowanej kontynuacji, choć wyniki sprzedaży tej serii na DVD są ponoć więcej niż zadowalające. Ja chcę sezon drugi tego szaleństwa!
Moja ocena: 8/10.

Escha & Logy no Atelier: Tasogare no Sora no Renkinjutsushi


Opis: Ten świat przetrwał już kilka „zmierzchów” i niedługo nadejdzie jego kres. Na zachodzie, na obszarze zwanym „Krainą Zmierzchu”, istnieje naród, który jest w stanie przeżyć dzięki alchemii. Aby przetrwać ewentualny „Ostateczny Zmierzch”, ludzie starają się na nowo odkryć i odtworzyć utracone alchemiczne formuły. Badania skupiają się w mieście zwanym „Centralą”, gdzie próbuje się odkryć jak spowolnić i zatrzymać nadchodzący „zmierzch”.
Seria opowiada o dwójce młodych alchemików: Eschy, dziewczynie z prowincjonalnego miasteczka, oraz Logym, młodzieńcu, który uczył się alchemii w Centrali.
Końcowe wrażenia:
Escha & Logy no Atelier to jedna z tych irytujących serii, które w żaden sposób się nie wyróżniają: nie mają wybitnej fabuły, ale nie mają też fabuły beznadziejnej, nie mają ciekawych bohaterów, ale nie mają też bohaterów wybitnie irytujących, nie są graficznymi koszmarkami, ale arcydzieło animacji to też nie jest, w dodatku muzyka plumka sobie gdzieś w tle i jest kompletnie niezauważalna. To anime jest tak doskonale o niczym, że nawet nie da się opisać, o czym ono właściwie traktowało.
Nie ukrywam, że ta seria bardzo zawiodła moje nadzieje – łudziłam się, że przeciętny początek może być preludium do interesującej historii, ale, niestety, zapoczątkował tylko cykl jednoodcinkowych historyjek, które prawie nie rozwijały głównego wątku, a nudziły wybitnie. Najbardziej zirytowało mnie to, że cały opis zawarty w zapowiedziach serii (zacytowany powyżej) kompletnie nie znajduje odzwierciedlenia w samym anime. Myślałam, że doczekam się rozwinięcia motywu „zmierzchów”, a tymczasem żadna z postaci o tym nawet nie wspomina. Kolejnym gwoździem do trumny tego anime jest emanujące z całej serii przekonanie, że optymizm bohaterów pozwoli pokonać każdą przeszkodę (zbudować sterowiec? nie takie rzeczy żeśmy ze szwagrem robili!), co w końcowych odcinkach sprawia, że otrzymujemy absurd za absurdem. Jeśli dodamy do tego całkowicie idiotyczne założenia świata przedstawionego, takie jak na przykład alchemia polegająca li i jedynie na mieszaniu i gotowaniu różnych składników w kociołku, otrzymujemy serię, którą da się oglądać tylko z wyłączonym mózgiem.   
Anime było najwyraźniej nastawione na wielbicieli moe, którym nie przeszkadza, że na ekranie nie dzieje się nic ciekawego, jeśli tylko da się im słodką dziewuszkę z przyczepionym ogonkiem. Oczywiście, musiał się także trafić odcinek, którego akcja miała miejsce w gorących źródłach – w końcu w każdej serii trzeba przynajmniej raz pokazać rozebrane dziewczęta, inaczej się nie sprzeda.
Grafika wyraźnie kuleje w niektórych odcinkach Escha & Logy no Atelier – widać to szczególnie na drugim i dalszych planach. Twarze bohaterów często ulegają dziwacznym zniekształceniom, a całości nie ratuje też technika komputerowa, której użyto do animacji machin i potworów – wyglądają one po prostu pokracznie.  W sumie najlepszym elementem serii była jednak muzyka. Opening i ending, choć nie wyróżniają się zbytnio na tle piosenek z innych serii, najzwyczajniej dobrze brzmią, a fletowe brzmienia w soundtracku idealnie oddają sielankowy klimat anime.
Mimo wszystko nie  polecam nikomu Escha & Logy no Atelier – jest wiele dużo lepszych serii niż ten przeciętny przeciętniak.

Moja ocena: 4/10. 

niedziela, 22 czerwca 2014

Sezon anime wiosna 2014 - końcowe wrażenia, cz. I

Tak jakoś niepostrzeżenie nadszedł koniec sezonu – wprawdzie czerwiec jeszcze trwa w najlepsze, ale wyemitowano już ostatnie odcinki kilku anime.  


Nieskoi



Opis: Raku Ichijou to zwyczajny licealista. No, powiedzmy... Byłby zwyczajnym licealistą, gdyby nie to, że jest przyszłą głową rodziny yakuzy zwanej Shuei-gumi. Dziesięć lat temu Raku złożył obietnicę pewnej dziewczynie. Przyrzekli sobie, że wezmą ślub, gdy jeszcze kiedyś się spotkają. Od tej pory Raku nigdy nie rozstaje się z naszyjnikiem, który dostał od dziewczęcia. Pewnego dnia do klasy chłopaka przenosi się piękna dziewczyna, Chitoge Kirisaki. Jak to między licealistami bywa, natychmiast zaczyna ich łączyć nienawiść od pierwszego wejrzenia. Jednak życie nie jest takie proste i bohaterowie muszą zmierzyć się z przedziwnym zrządzeniem losu...
Końcowe wrażenia:
Są serie, które pomimo dobrego pierwszego wejrzenia rozczarowują w miarę seansu – i Nisekoi należy do właśnie takich anime. To mógł być całkiem dobry romans, a wyszła mocno przeciętna haremówka bez sensownego i  domykającego choćby poboczne wątki zakończenia. Niezdecydowanie protagonisty było zabawne przez parę pierwszych odcinków, ale kiedy do obsady zaczęły dołączać kolejne bohaterki, które – a jakże! – bez wyjątku czuły miętę do Raku i w większości przypadków były powiązane z tajemnicą z przeszłości, chłopak zaczął mnie niemiłosiernie wkurzać brakiem kręgosłupa. Cóż, nie lubię haremów, więc wszystkie wady tego gatunku od razu rzucały mi się w oczy.
Seria całkiem nieźle radzi sobie z motaniem sytuacji uczuciowej bohaterów (tutaj dodam jeszcze, że dużą zaletą było ukazanie uczuć bohaterek z ich punktu widzenia – anime potrafiło w przekonujący sposób pokazać, dlaczego dziewczyny zakochały się w Raku), ale z rozplątywaniem tych wątków idzie dużo gorzej. To, że nie ma jednoznacznego zakończenia, spowodowane jest materiałem źródłowym – w końcu anime powstało na podstawie niezakończonej jeszcze mangi – ale nie mogę wybaczyć serii braku silniejszego akcentu, jakiegoś spiętrzenia tajemnic czy zwrotu akcji, który zachęciłby mnie do sięgnięcia po pierwowzór czy kolejny sezon (o ile powstanie). Wyjątkowo nierówna jest też sama fabuła Nisekoi – począwszy od dość idiotycznych założeń, a skończywszy na samym poprowadzeniu głównego wątku, który chwilami drepcze w miejscu, posiłkując się zapychaczowymi wstawkami, więc autorzy, zamiast doprowadzić do jakiegoś przełomu w relacjach między postaciami, wrzucają kolejną postać, która jeszcze bardziej plącze i tak już zagmatwaną sytuację.
O dziurach logicznych można powiedzieć bardzo wiele. Sam główny pomysł obietnicy złożonej w wieku bardzo szczenięcym jest wyjątkowo idiotyczny – zwłaszcza że bohaterowie sami nie pamiętają, jaką przysięgę i komu złożyli. W anime denerwuje także zbyt nierealistyczne podejście do realiów świata przedstawionego – autorzy raz na jakiś czas zapominają, że Raku i Chitoge mieli udawać przed światem parę, a także o tym, że bohaterów na każdym kroku powinni śledzić gangsterzy z ich rodzin... Jeszcze zabawniej jest, gdy na scenę wkracza bohaterka, której ojciec pracuje w policji – w związku z czym policjanci towarzyszą jej niczym prywatna ochrona. Takie rzeczy to tylko w Japonii. Tego typu wpadek w całej serii jest mnóstwo – ja rozumiem, że od komedii nie należy wymagać krańcowego realizmu, ale pewne granice należałoby jednak zachować, bo widzimisię autora nie zastąpi spójnego przedstawienia świata.
Co ratuje serię? Całkiem sympatyczni bohaterowie – Chitoge i Onodera są ciekawymi i dobrze skonstruowanymi postaciami; choć początkowo sprawiają wrażenie typowych dziewczątek z anime, ten schemat został całkiem dobrze zrealizowany. W sumie trudno się dziwić głównemu bohaterowi, że ma trudności z wyborem między tymi dwoma paniami – z drugiej strony sam protagonista sprawia wrażenie, że jest mu wszystko jedno, byleby tylko zdobyć jakąś dziewczynę. Pomijając jednak niezdecydowanie w sprawach sercowych, Raku też da się polubić – może nie jest wybitnie charyzmatycznym bohaterem, ale na tle kolegów z innych haremowych serii prezentuje się wcale nieźle.
Seria ma szanse spodobać się wszystkim, którzy lubią specyficzny styl animacji Shaftu. Wprawdzie twórcy nie szarżowali z udziwnieniami aż tak, jak im się to czasem zdarza, ale już na pierwszy rzut oka widać, jakie studio wypuściło tę produkcję. Anime poszczycić się może bardzo ładną kreską – postaci wyglądają dobrze nawet w wersji chibi. Od strony muzycznej seria wypada dość przeciętnie, poza jednym fletowym motywem muzyka jakoś mnie nie zachwyciła.
Moja ocena: 6/10.


Mushishi Zoku Shou


Opis: Ciąg dalszy przygód Ginko, badacza tajemniczych istot zwanych mushi.
Końcowe wrażenia:
Zazwyczaj tak bywa, że o złych seriach można pisać dużo. Łatwo jest wyliczać wady, wyzłośliwiać się z powodu potknięć i wyśmiewać głupie błędy. Tymczasem opis serii naprawdę dobrej okazuje się dużo trudniejszy. Jak tu bowiem ocenić takie Mushishi, nie pisząc co drugie słowo „genialne”, „świetne”, „cudowne” lub „wspaniałe”?
Dziesięć odcinków drugiego sezonu Mushishi po raz kolejny przenosi nas do świata, w którym obok ludzi żyją przedziwne istoty zwane mushi – ni to rośliny, ni zwierzęta, nieposiadające własnej woli czy złych lub dobrych zamiarów, a mimo to wpływające na ludzkie losy. Tak jak w poprzednim sezonie, przywoływanie kolejnych mushi jest tylko pretekstem do pokazania ciekawych i bardzo klimatycznych historii o życiu, często niezwykle dramatycznych i okrutnych w swojej prawdziwości. Opowieści z sezonu drugiego skupiają się głównie na mushi związanych z żywiołami i światem przyrody, a każda ma swoisty klimat i niepowtarzalne przesłanie. Najbardziej spodobała mi się historia o prastarym drzewie wiśniowym, choć inne również głęboko zapadły mi w pamięć.
Na klimatyczność serialu duży wpływ ma muzyka – spokojne, ale niepokojące melodie są idealnie dobrane do tego, co widzimy na ekranie. Dużą zaletą serii jest też przepiękna piosenka początkowa.


Graficznie seria nie odbiega od swojej poprzedniczki – po raz kolejny mamy do czynienia z przepięknymi tłami, ale dość schematycznymi i mało charakterystycznymi sylwetkami postaci. Bogactwo grafiki widać szczególnie w kolorowych odcinkach opowiadających o wiośnie czy lecie – jesienne i zimowe epizody utrzymane są zazwyczaj w burej, ponurej kolorystyce, współgrającej z tematem opowieści.
Mushishi Zoku Shou to nie anime dla każdego – wiele osób może nie docenić spokojnego klimatu i melancholijnej refleksyjności opisywanych historii. Nie jest to seria oparta na wartkiej akcji, ale miłośnikom serii obyczajowych z nutką fantastyki z pewnością się spodoba.
Moja ocena: 9/10.



Kamigami no Asobi ~Ludere deorum~


Opis: Więzi pomiędzy światami bogów i ludzi uległy osłabieniu. Zeus, obawiając się negatywnych następstw tego zjawiska, postanawia stworzyć szkołę dla bogów. Trafia do niej także Yui Kusanagi, której zadaniem będzie nauczyć grupkę młodych i przystojnych bogów, czym jest miłość.
Końcowe wrażenia:
Adaptacja gry otome z sezonu wiosennego pod jednym względem zawodzi, a pod innym spełnia wszelkie oczekiwania. Rzecz jasna, po tego typu serii nikt chyba nie spodziewa się głębokich przesłań, poruszania ważkich tematów czy choćby odrobiny logiki, bo takie anime tworzone są w celach wyłącznie rozrywkowych.
Ci, którzy liczyli na niezamierzoną przez twórców głupkowatą komedię, z pewnością się nie zawiodą. Jak już wspomniałam w notce o pierwszych wrażeniach, Kamigami potrafi przyprawić o głupawkę już w ciągu pierwszych minut. Przyznam jednak szczerze, że po dwóch-trzech odcinkach widz zaczyna przyzwyczajać się do poziomu głupoty i skrajnie niekanoniczne przedstawienie bogów przestaje już robić na nim takie wrażenie. Z drugiej strony, twórcy nie ustają w wysiłkach i raz na jakiś czas dostajemy po głowie obuchem kolejnego idiotycznego pomysłu (takiego jak na przykład organizowanie bożonarodzeniowego kiermaszu przez bogów z czterech pogańskich panteonów).
Anime jednak zawodzi na całej linii, gdy weźmiemy po uwagę bohaterów. Choć protagonistka jest całkiem sensowna (im dalej w las, tym bardziej staje się bierna i nieogarnięta, ale do poziomu bohaterki Amnesii nawet w najgorszych chwilach jej daleko), to bishouneni wołają o pomstę do nieba albo przynajmniej o solidny, porządnie spopielający piorun. To ogromna wada w przypadku reverse haremu, który – przynajmniej w zamyśle – powinno się przecież oglądać, by powzdychać do pięknych i wspaniałych panów. Tymczasem dostajemy zbieraninę przedstawicieli płci (niekoniecznie) brzydszej, z których każdy powinien dawno wylądować w pokoju bez klamek, ewentualnie wrócić do przedszkola.


Słowa Thota idealnie podsumowują większość bohaterów.

Umiarkowaną sympatię wzbudził we mnie tylko Susanoo (być może dlatego, że nie znam tak dobrze mitologii japońskiej, więc nie wiem, jak bardzo go w tym anime skrzywdzono), no i może jeszcze Loki, który przynajmniej jest zabawny. Tsukuyomi stanowi raczej tło niż pełnoprawnego bohatera, Hades stał się niezamierzonym elementem komicznym, a Apollo i Baldur, choć najważniejsi pod względem fabularnym, są też pierwszymi kandydatami do zakładu zamkniętego (poza tym ten pierwszy ma tak okropnie dobranego seiyu, że sam jego głos budzi skrajną niechęć). Gdzieś w tle pałętają się jeszcze Dionizos i Thor (nie da się ich poderwać w grze, więc i w anime robią głównie za nudnych statystów), a także mocno upośledzony umysłowo Anubis (który miał być chyba słodki i zabawny), choleryczny Thot (występujący w charakterze nauczyciela, choć sam wie jeszcze mniej niż Jon Snow) oraz oczywiście Zeus, przez którego zaczęła się cała draka. Jak widać, bohaterów jest sporo, ale cóż z tego, skoro nie ma w czym wybierać.
Pod względem graficzno-muzycznym seria prezentuje się całkiem nieźle. W wielu ujęciach widać oszczędności (zwłaszcza gdy mamy do czynienia z tłumami), ale bohaterowie nie straszą krzywymi mordkami, a animacja w większości przypadków jest poprawna. Sam soundtrack jest przyjemny dla ucha, za to opening i ending stanowią najkoszmarniejsze gnioty, jakie zdarzyło mi się słyszeć w anime. Na litość (nomen omen) boską, niech ktoś wytłumaczy tym seiyu, że nie umieją śpiewać i nie powinni tego robić! To straszne, że nawet Hiroshi Kamiya, który w paru innych seriach całkiem nieźle radził sobie z wokalem, w Kamigami brzmi, jakby ktoś go mordował tępym narzędziem.  

Moja ocena: 6/10. 

środa, 23 kwietnia 2014

Sezon anime wiosna 2014 - pierwsze wrażenia

Pierwsze wrażenia są tym razem nieco spóźnione - długo trzeba było czekać na napisy do jednej serii, a potem byłam zbyt zajęta sprzątaniem i pieczeniem babek, żeby sklecić konstruktywną notkę, za co bardzo przepraszam.
Jak zwykle oceniam tylko pierwsze odcinki serii telewizyjnych, które z jakichś powodów postanowiłam oglądać. Pełną rozpiskę nowych anime możecie zobaczyć tu


Fairy Tail (2014)


Opis: Dalszy ciąg popularnej serii o gildii magów, która ma bardzo destrukcyjny wpływ na otoczenie.
Moje wrażenia: Na pierwszy ogień idzie kontynuacja popularnego tasiemca, który zrobił sobie rok przerwy w oczekiwaniu na więcej materiału mangowego. Nie licząc dwóch wybiegających w przyszłość scen i krótkiego dialogu wprowadzającego, anime zaczyna się w miejscu, w którym przerwał się poprzedni sezon, a więc w połowie Wielkich Igrzysk Magicznych. Największą zmianą są nowe projekty postaci – wydaje mi się, że teraz nieco mniej przypominają te z mangi, w dodatku widać, że grafika poleciała na łeb, na szyję. Kolory też są teraz jakby bardziej stonowane i przygaszone. No i dalej nie ma krwi, więc wygląda na to, że cenzura obowiązuje. Za to muzyka jak zwykle trzyma poziom.
Opening, tak jak już nas przyzwyczaiło Fairy Tail, pasuje do serii jak pięść do nosa i oczywiście spoileruje, choć tym razem może nie tak bardzo, jak się wcześniej zdarzało. Ending również nie przypadł mi do gustu od strony muzycznej, a towarzysząca mu animacja (na szczęście wreszcie zrezygnowano z beznadziejnych chibi i biegania) sugeruje, że ekipa tworząca anime to fani paringu NaLu.
Nie mam zbyt dużych oczekiwań co do fabuły (w końcu czytam mangę...), ale mimo wszystko jakoś nie mam serca, by porzucić tę serię.



Mushishi Zoku Shou


Opis: Ciąg dalszy przygód Ginko, badacza tajemniczych istot zwanych mushi.
Moje ważenia: Druga i ostatnia w tym sezonie oglądana przeze mnie kontynuacja to Mushishi Zoku Shou. Już na pierwszy rzut oka widać, że nowa seria tego anime nie odbiega poziomem od poprzedniczki. Jest nastrojowo, melancholijnie i uroczo. Fabuła dalej koncentruje się na epizodach, a historię z pierwszego odcinka można określić jako krótką opowieść o nieporozumieniach.
Na uwagę zasługuje oprawa graficzna – jak widać, nadal będzie ona dostosowana do klimatu i specyfiki „sprawy” odcinka. Cały pierwszy epizod utrzymany jest w ponurej, ciemnej tonacji, rozjaśnianej od czasu do czasu za pomocą gry światłem. Jak zwykle otrzymujemy także piękne i malownicze akwarelowe tła. Zadbano przy tym o odpowiednio nastrojową, spokojną i przyjemną dla ucha muzykę. Niezwykle przypadł mi do gustu opening – śpiewana po angielsku ballada Shiver w wykonaniu Lucy Rose.
Mushishi to anime dla osób, które lubią powolne, zwyczajnie-niezwyczajnie historie obyczajowe z nutką fantastyki, więc jeśli ktoś woli wartką akcję, a nie spokojne zmierzanie ku sednu sprawy, raczej nie powinien się za tę serię zabierać. Wszystkim pozostałym osobom gorąco polecam.  



Kamigami no Asobi: Ludere deorum 


Opis: Więzi pomiędzy światami bogów i ludzi uległy osłabieniu. Zeus, obawiając się negatywnych następstw tego zjawiska, postanawia stworzyć szkołę dla bogów. Trafia do niej także Yui Kusanagi, której zadaniem będzie nauczyć grupkę młodych i przystojnych bogów, czym jest miłość. 
Moje wrażenia: Wszyscy wiedzą, że adaptacje gier otome są złe, to wręcz jedno z praw rządzących wszechświatem. Nie spotkałam osoby, która włączyłaby tego typu serię z powodów, jakie zakładali twórcy (czyli żeby powzdychać do ładnych panów), większość pań ogląda takie anime, żeby wyszydzić jego niedostatki względem gry albo – jak ja – żeby się pośmiać.
Jak widać na podstawie powyższego opisu założeń serii, anime jest gwałtem na mitologii, ba, na kilku mitologiach, bo bohaterami tej serii są przedstawiciele kilku losowo wybranych najbardziej znanych panteonów. Zapewniam, wystarczy obejrzeć pierwszy odcinek, a świat już nigdy nie będzie dla was takim samym miejscem jak wcześniej.
Ta seria pobiła chyba jakiś rekord – minęła dokładnie minuta i siedemnaście sekund, a ja już zwijałam się ze śmiechu na podłodze. Niekontrolowany atak głupawki wywołała u mnie scena transformacji Apolla w magiczną dziewczynkę wojowniczego boga. Oglądacie na własną odpowiedzialność: 

Pomijając początkową scenkę, anime rozpoczyna się typowo: główna bohaterka słyszy głosy, więc idzie do magazynu, gdzie znajduje dziwny, świecący się miecz... Oczywiście go dotyka, po czym dostaje piorunem i przenosi się do domu obłąkanego miłośnika roślin doniczkowych szkoły dla bogów, gdzie spotyka stado przystojniaków obrastających kwiatkami, gdy tylko coś powiedzą. A to dopiero początek...  
Rzecz jasna, w pierwszym odcinku bohaterka głównie krąży po nieznanym domostwie, znajdując w każdym kącie, do którego zajrzy, jakiegoś bisza. Szkoda tylko, że wszyscy wyglądają  tak samo jak we wszystkich tego typu seriach, twórcy nie wysilili się na oryginalność i bogowie są w swych charakterach i designach wybitnie sztampowi.
O kolejny niekontrolowany napad głupawki przyprawił mnie Baldur, który ciągle się przewraca, gada z kwiatkami i ma głos Kamiyana... Czy to jakaś podstępna próba zmuszenia mnie do płaczu ze śmiechu? Kolejne sceny mijają, pojawiają się coraz to nowi bogowie, a wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi:
- Czemu Zeus ma tak bardzo grecką urodę? Zresztą nie tylko on...  
- Dlaczego naczelny bisz, Apollo, ma taki beznadziejny głos mięczaka z ADHD? I może mi ktoś wyjaśnić, czemu akurat on obrósł słonecznikami?
W tym miejscu muszę dodać, że Kamigami ma jedną pozytywną cechę – główna bohaterka nie jest kawałkiem drewna, ba, wydaje się całkiem ogarnięta jak na protagonistkę reverse haremu (przynajmniej w porównaniu do jej koleżanek z innych anime). W każdym razie na tekst „Nie zbliżaj się do mnie, bo sprowadzę na ciebie nieszczęście!” zareagowała dokładnie tak jak ja: „Że co?”.
Na zakończenie odcinka dostajemy za to najstraszniejszy ending w dziejach świata... Kto, na wszystkie panteony, powiedział tym aktorom, że umieją śpiewać? Ewidentnie kłamał.
Reasumując: zobaczyłam Hadesa, który porósł kwiatkami. Moje życie jest teraz pełne.



Mahouka Kokou no Rettousai  



Opis: Minął wiek, odkąd opracowano nowe, naukowe podejście do magii, nie mające nic wspólnego z dawnymi zabobonami. Rozpoczyna się nowy rok szkolny w Magicznym Liceum, gdzie uczniowie – zgodnie ze swoimi predyspozycjami – podzieleni są na dwie grupy. „Bloom” to osoby, które otrzymały najwyższe stopnie na egzaminach wstępnych, z kolei uczniowie z niższymi notami to należą do grupy zwanej „Weed”. Tej wiosny do szkoły zawitało pewne rodzeństwo. Siostra uzyskała najwyższe oceny, podczas gdy brat został zaliczony do „Weedów”. Ich obecność sprawi, że prestiżowa szkoła zacznie się zmieniać...
Moje wrażenia: Już od samego początku widzę, że relacje między dwójką rodzeństwa będą mnie w tym anime niemiłosiernie wkurzać. Chyba nie jestem jedyną osobą, która już po kilku minutach seansu doszła do wniosku, że seria byłaby nieporównanie lepsza, gdyby ktoś zastrzelił główną bohaterkę. Za wymawianie co parę sekund słowa „bracie” należy się bezpardonowa kulka w łeb.
Pierwszy odcinek to wprowadzenie, dzięki któremu poznajemy bohaterów (a właściwie bohaterki, bo facetów tam prawie nie ma) i ogólne założenia świata – czyli w sumie tyle, ile jest w opisie, bo nie dowiadujemy się nic ponadto, że w szkole panuje dyskryminacja. A, przepraszam. Dowiadujemy się też, że główny bohater nie jest wcale cienkim Bolkiem (którym mógłby się wydawać ze względu na swój przydział), ale największym uberprzepakiem serii. Niech ktoś mnie obudzi, jak zdarzy się coś niespodziewanego lub oryginalnego, dobrze?
Anime ma łączyć w sobie magię, science fiction i sztuki walki, więc mam obawy, że twórcy za dużo wrzucili do jednego worka i mogą sobie z tym miszmaszem nie poradzić. Pierwszy odcinek pokazuje, że raczej będą tu dużo gadać, a parosekundowe walki będą tylko pretekstem do jeszcze dłuższej gadaniny i wyjaśniania, co właściwie właśnie zobaczyliśmy. Przegadanie jest zwykle największą wadą adaptacji light novel – zobaczymy, czy tej serii uda się uniknąć tej pułapki.
Na razie anime wydaje mi się jakieś takie nijakie... Nie odrzuca, ani też nie porywa. Bohaterowie też są tylko ledwo znośni. Ponoć seria ma się później rozkręcić, dam jej więc jednak szansę.   



Soredemo Sekai wa Utsukushii 


Opis: Nike, czwarta księżniczka Księstwa Deszczu, która posiada moc przywoływania deszczu, przybywa do Królestwa Słońca, by ze względów politycznych poślubić króla Liviusa. Wkrótce odkrywa, że władca, który w zaledwie trzy lata podbił cały świat, to wciąż dzieciak. W dodatku z czystej ciekawości chce zmusić Nike, by przyzwała deszcz...
Moje wrażenia: Sorademo to seria, którą można opisać jednym słowem: sympatyczna. Pierwszy odcinek stanowi całkiem udane wprowadzenie do nie do końca typowego shoujo. Główna bohaterka wygląda na babkę z charakterkiem i udało jej się zaskarbić moją sympatię. O królu nie da się na razie za wiele powiedzieć – pojawił się dopiero na końcu odcinka, ale od razu widać, że prawdziwe z niego ziółko.
Wątpię, żeby z wątku „miłosnego” udało się coś ciekawszego wycisnąć (ze względu na różnicę wieku między bohaterami zwyczajny romans nie byłby zbyt mądrym rozwiązaniem, pewnie skończy się na pogłębianiu przyjaźni), dlatego mam nadzieję, że anime skupi się raczej na wątkach dworsko-politycznych. Zaletą serii są też wstawki komediowe, które nie nudzą wymuszanym na siłę humorem, ale są autentycznie zabawne.
Oprawa wizualna serii jest technicznie poprawna, ale nic ponadto. Projekty postaci wyglądają ładnie, ale kreska jest dość typowa i pozbawiona jakiegoś charakterystycznego rysu. Z kolei muzyka wydawała mi się chwilami zbyt pompatyczna jak na tego typu serię.



Black Bullet


Opis: W niedalekiej przyszłości ludzkość została pokonana przez pasożytnicze wirusy zwane Gastrea. Ocalałe niedobitki mieszkają na niewielkim terytorium i żyją w strachu. Główny bohater, Rentaro, to chłopak, który należy do „Ochrony Obywatelskiej” – organizacji specjalizującej się w walce z Gastreami. Zazwyczaj udaje mu się ukończyć najniebezpieczniejsze misje. Jego partnerką jest mała dziewczynka, Enju, która posiada niezwykłe moce. Pewnego dnia otrzymują od rządu sekretną misję, od której powodzenia zależeć będzie istnienie całego Tokio.
Moje wrażenia: Animatorzy, kiedy wy się wreszcie nauczycie, że komputerowo animowane robale nigdy nie wyglądają dobrze? To, że bywało gorzej, nie oznacza wcale, że te tutaj wam się udały. Pomijając już insekty, anime zaczyna się mrocznie i angstowo, przynajmniej do momentu, kiedy to jedna z postaci postanowiła pobić Shirou z Fate/stay night w wygłaszaniu najbardziej żenujących oczywistych kwestii i poradziła głównemu bohaterowi: „Jeśli nie chcesz umrzeć, przeżyj”. Dziękujemy za występ, Kapitanie Oczywisty. 
Następnie otrzymujemy opening, który rozpoczyna się i kończy chórkiem kojarzącym się wyłącznie z Shingeki no Kyojin, a sama piosenka brzmi jak żywcem wyjęta z Toaru Majutsu no Index i od strony graficznej jest lepsza niż od muzycznej.  
Główny bohater (nawiasem mówiąc, głos podkłada mu Yuki Kaji, więc Rentaro na dzień dobry otrzymuje +200 do emowatości, choćby nie wiem jak bardzo nie-emowaty nie był) daje się pobić jakiemuś randomowemu pajacowi twierdzącemu, że jest tym, który zniszczy świat... Luzik, dzień jak co dzień. Zaraz, czy to nie pierwsze dziesięć minut odcinka? Nie za szybko pojawia się główny boss? I może w ogóle jakieś wprowadzenie, żebyśmy w ogóle wiedzieli, o co chodzi? No ale przynajmniej walki są dynamiczne, pomimo obecności irytującej loli.
W odcinku brakowało mi jakiegoś punktu kulminacyjnego, był jakiś taki... rozwleczony, przegadany, chaotyczny i bardzo nijaki. Jak na razie anime nadaje się do oglądania, ale do wybitnego dzieła mu daleko.



Hitsugi no Chaika  


Opis: Toru Acura jest dwudziestoletnim byłym żołnierzem, który wiedzie ciężki powojenny żywot. Pewnego dnia spotyka Chaikę Trabant (te nazwiska są obłędne), czternastoletnią magiczkę, która dźwiga na plecach trumnę, i postanawia wyruszyć wraz z nią w podróż, by na nowo nadać znaczenie swojemu życiu. Towarzyszy im także przyszywana siostra Toru, Akari.
Moje wrażenia: Kolejna mroczna i posępna seria – pod względem klimatu wygląda jednak na bardziej strawną niż Black Bullet. Z drugiej strony główną bohaterką jest wkurzająca dziewczynka, która nie potrafi powiedzieć pełnego zdania... jak my kochamy takie postacie, jak my je uwielbiamy! Naprawdę, czy istnieje ktoś, kto uważa niedorozwój umysłowy za uroczą cechę bohaterki? Cóż, przynajmniej relacje między rodzeństwem wypadają naturalnie i wyglądają mi na normalne jak na standardy anime.
Szybko okazuje się, że Chaika nie jest wampirem, a trumna, którą z takim poświęceniem taszczy przez lasy, góry i potoki, zawiera wypasioną i niezwykle skuteczną magiczną broń palną. Może ja jestem dziwna, ale wybrałabym nieco lżejszy futerał na to dziwne ustrojstwo... No ale to tylko ja, nie przejmujcie się. O facepalm przyprawił mnie natomiast pomysł włamywania się do cudzego zamku z tą całą trumną na plecach. Bohaterowie, wy tak na serio? Ponoć jesteście profesjonalnymi żołnierzami, ba, weteranami wojny. Ja rozumiem, że to miał być efekt komediowy, ale chyba coś po drodze poszło nie tak. Już zabawniejszy był ten mroczny bełkoczący jednorożec z początku odcinka.
Hitsugi no Chaika to kolejne anime, które jest oglądalne, ale, że tak powiem, pośladków nie urywa... Niczego nie urywa.



No Game No Life


Opis: Sora i Shiro to brat i siostra, którzy oficjalnie są NEET-ami i hikikomori, a prywatnie genialnymi graczami, żywymi legendami Internetu. Jak na osobników z fobią socjalną przystało, uważają realne życie za kolejną „beznadziejną grę” i nie chcą mieć z nim nic do czynienia. Pewnego dnia chłopiec, który nazywa siebie „bogiem” wzywa ich do innego świata, w którym o wszystkim decyduje się za pomocą gier. Jak poradzi tam sobie nasze rodzeństwo?
Moje wrażenia: Moje oczy! Co oni ostatnio wyrabiają w tych anime? To jakaś nowa moda na jaskrawe kolorki czy co? Ta seria jest jeszcze bardziej pstrokata niż Hamatora...
Założenia fabularne serii to połączenie Mondaiji-tachi ga Isekai kara Kuru Sou Desu yo? z Ixion Saga DT, ale wydaje się, że anime nie będzie aż tak fazowe. No ale zaczyna się od walki, potem są wybuchy, a potem więcej walk... więc przynajmniej nudą nie wieje.
No game No life to kolejna seria w tym sezonie, w której głównymi bohaterami jest rodzeństwo. Co dziwne, Sora i Shiro wydają się, o dziwo, ogarnięci i nawet ich bratersko-siostrzana relacja przedstawiona jest zdumiewająco normalnie jak na anime. Poza tym wygląda na to, że bohaterowie nie tylko są nazywani geniuszami, ale naprawdę zachowują się jak osoby inteligentne. Nawiasem mówiąc, głos protagoniście podkłada Yoshitsugu Matsuoka – i okazuje się, że potrafi on zagrać prawdziwego badassa, co jest miłą odmianą po ciapciowato sympatycznym Kirito z SAO.
Zapowiada się całkiem dobre, przyjemnie komediowe anime – co dobrze rokuje na przyszłość, bo serii raczej nie grozi przeładowanie dramatem i tanim patosem. Tylko ostatnia scena nie napawa mnie optymizmem. Mam nadzieję, że twórcy odpuszczą sobie epatowanie fanserwisem...



Mekaku City Actors


Opis: Czternastego i piętnastego sierpnia ma miejsce seria incydentów, która zbliża do siebie kilkoro chłopaków i dziewczyn. Tworzą oni grupę zwaną „Mekakushi Dan” („Ślepa Organizacja”), a każdy z jej członków posiada jakąś dziwną moc związaną z oczami. Czy uda im się odkryć, co stoi za zagadkowymi wypadkami?
Moje wrażenia: Anime należy do cyklu Kagerou Project, o którym to nie wiem kompletnie nic... no może poza tym, że opiera się na serii piosenek Vocaloidów. Ostatnim oglądanym przeze mnie anime, które swój rodowód brało z utworów śpiewanych przez japońskie syntetyzatory, było BlackRock Shooter – a to okazało się wielką chałą. Początkowo myślałam, że Mekaku podzieli los poprzednika, ale nowe anime jest na szczęście dużo lepsze.
Pierwszy odcinek wypada nieco sztampowo, ale całkiem oglądalnie. Na razie w sumie nie wiadomo, o czym będzie ta seria, bo zawiązanie akcji tylko wprowadziło parę postaci, nie precyzując fabuły. Wprawdzie Miku z monitora była z lekka irytująca, a głównego bohatera niespecjalnie da się polubić, ale wygląda na to, że w serii będzie parę ekscentrycznych postaci, a ja lubię animowanych psycholi, więc anime ma szansę mi się spodobać.
Grafika jest typowo Shaftowa – po jakimś czasie można się przyzwyczaić do ich konwencji, ale przyznam, że w tej serii warstwa graficzna prezentuje się dość ubogo, poza tym straszliwie przypomina Bakemonogatari. Za to ending nawet mi się podobał.



Atelier Escha & Logy: Tasogare no Sora no Renkinjutsushi 


Opis: Ten świat przetrwał już kilka „zmierzchów” i niedługo nadejdzie jego kres. Na zachodzie, na obszarze zwanym „Krainą Zmierzchu”, istnieje naród, który jest w stanie przeżyć dzięki alchemii. Aby przetrwać ewentualny „Ostateczny Zmierzch”, ludzie starają się na nowo odkryć i odtworzyć utracone alchemiczne formuły. Badania skupiają się w mieście zwanym „Centralą”, gdzie próbuje się odkryć jak spowolnić i zatrzymać nadchodzący „zmierzch”.
Seria opowiada o dwójce młodych alchemików: Eschy, dziewczynie z prowincjonalnego miasteczka, oraz Logym, młodzieńcu, który uczył się alchemii w Centrali.
Moje wrażenia: Seria już od samego początku wyróżnia się na tle oglądanych przeze mnie w tym sezonie – tak bardzo spóźniły się do niej napisy, że pierwsze wrażenia publikuję dopiero teraz.
Szczerze mówiąc, mocno zawiodłam się na pierwszym odcinku. Opis sugerował krainę fantasy i klimaty postapokaliptyczne, a trailer pokazał nam połączenie steampunku z alchemią. Szkoda tylko, że zamiast tego dostajemy sielankową historyjkę o idyllicznym miasteczku, w którym wszyscy się kochają, a stężenie cukru i lukru przekracza bezpieczny dla zdrowia i życia poziom.
Pojawiająca się w tym anime koncepcja alchemii sprawiła, że miałam ochotę tłuc głową o blat biurka. Wszelkie eksperymenty polegają bowiem na tym, że wrzuca się parę składników do specjalistycznego kociołka, miesza, czeka określony czas, aż kociołek zrobi takie mikrofalówkowe „ping”, po czym wyciąga się gotowy produkt. Na przykład tartę jabłkową lub przekładnię redukcyjną (zrobioną z kotła wody, kawałków blachy i drewna oraz kwiatków). Edward Elric pewnie popełniłby samobójstwo, gdyby to zobaczył.
Tak swoją drogą... Po co ta cała alchemia, skoro wystarczy wyciąć odpowiedni kawałek drewna? Stolarzy tam nie mają i kowali? Toż to się kupy nie trzyma.



Ten sezon jest strasznie nijaki. Wychodzi mnóstwo serii, które wprawdzie da się oglądać, ale są bardzo przeciętne. Jedynym anime, które wybija się ponad poziom, jest drugi sezon Mushishi – no ale to było wiadomo od początku. Nie ma za to naprawdę wbijającej w krzesło przygodówki czy serii akcji, brakuje także jakiegoś porządnego shoujo (posucha na nie ostatnio straszna).