środa, 15 stycznia 2014

Sezon anime zima 2014 - pierwsze wrażenia

Sezon zimowy anime cechuje się zazwyczaj mniejszą liczbą nowości niż jesienny czy wiosenny, a także niewielką ilością nadających się do oglądania tytułów. Poza dwoma kontynuacjami, po których wiedziałam już z grubsza, czego się spodziewać, zaczęłam oglądać siedem serii będących dla mnie całkowitą enigmą, bo nie znam ich pierwowzorów, a zdawkowe opisy nigdy nie są w stanie do końca oddać charakteru danego anime. Zima 2014 zapowiada się dziwniej niż poprzednie – nagle okazało się, że nowości, co do których miałam spore nadzieje, okazały się mniejszą lub większą klapą, a tytuły, które zaczęłam oglądać na zasadzie „nie ubędzie mnie, jak zerknę, o czym to” są może nie do końca strzałem w dziesiątkę, ale przynajmniej oglądać się dadzą. Nie ma między nimi jakiegoś wielkiego hitu czy niezwykle kontrowersyjnego tytułu – pod tym względem sezon mocno zawodzi.


Chuunibyou demo Koi ga Shitai! 2


Opis serii: Bezpośrednia kontynuacja Chuunibyou demo Koi ga Shitai! z 2012 roku. Seria opowiada o dalszych przygodach Rikki Takanashi, która jest podręcznikowym przykładem osoby z chuunibyou („syndromem gimbusa”, objawiającym się wiarą w posiadanie niezwykłych mocy), oraz Yuuty Togashiego, który to dopiero co z syndromu gimbusa się wyleczył i chciałby jak najszybciej zapomnieć o tym żenującym okresie swego życia.
Moje wrażenia: Jakoś nie jestem zbyt pozytywnie nastawiona do tego anime. Pierwszy sezon miał zamknięte i dopracowane zakończenie, dlatego boję się, że kontynuacja zabije pozostawione przez poprzednią serię dobre wrażenie. Wygląda na to, że w tym sezonie zamiast analizy psychologicznej bohaterów dostaniemy przegląd problemów dorastania do codziennego życia – choć mogę się mylić i twórcy zaserwują nam po prostu komedyjkę pozbawioną głębszego przesłania (ale nawet w takiej formie anime będzie się nadawało do oglądania). Cóż, pożyjemy, zobaczymy.
Strona graficzna jest typowa dla KyonAni – świetna animacja i ładne projekty postaci, które znamy z poprzedniej osłony Chuunibyou. Z kolei opening i ending bardziej mi się podobały niż te towarzyszące sezonowi pierwszemu.

Gin no Saji 2nd Season


Opis serii: Dalsze przygody Hachikena i jego kolegów z technikum rolniczego.
Moje wrażenia: Od razu zostajemy wrzuceni na głęboką wodę – nie ma żadnego przypomnienia wydarzeń z poprzedniego sezonu. To bezpośrednia kontynuacja, więc jeśli ktoś nie oglądał sezonu pierwszego albo nie przypadł mu on do gustu (są tacy ludzie?), to raczej nie powinien zabierać się do drugiego.
Drugi sezon Łyżeczek pod względem fabularnym już od pierwszego odcinka trzyma poziom poprzednika – jest przezabawnie (żarty opierające się na bezdennej ignorancji Hachikena i braku wiedzy na temat realiów życia na wsi nigdy nie przestaną mnie śmieszyć), choć chwilami refleksyjnie. Pod względem technicznym kontynuacja również nie odstaje od pierwszej serii. Opening i ending są całkiem niezłe, ale pewnie będę musiała kilka razy się w nie wsłuchać, żeby zaczęły mi się naprawdę podobać.

Hamatora The Animation



Opis serii: Historia kilku bohaterów obdarzonych nadnaturalną mocą “Minimum”, którą posiada niewielu ludzi na świecie. Anime opowiada o losach pewnej agencji detektywistycznej, która podejmuje się przeróżnych zleceń.
Moje wrażenia: Projekt „Hamatora” jest w założeniu wielomedialny – jednocześnie powstaje manga i anime, potem ma zostać stworzona także gra. Jak na oryginalny projekt seria nie wypada szczególnie źle, jest za to mocno przeciętna. Już w pierwszej chwili poznajemy cały tłumek bardzo kolorowych bohaterów, przez co miałam wrażenie zamętu (spowodowane także chaotycznym montażem). Klimat serii przypomina K Project pożeniony z Durararą, jednak to pierwsze anime przewyższa Hamatorę fazowością, a drugie na głowę bije ją, jeśli chodzi o sposób prowadzenia fabuły, skomplikowany świat przedstawiony i charyzmatycznych bohaterów. Jak na serię sensacyjno-kryminalną słabo wypadają także zagadki – ta z pierwszego odcinka była jakoś mało wciągająca. Od razu widać, że wątki detektywistyczne będą tylko pretekstem do efektownego lania się po pyskach za pomocą supermocy. Zaletą anime jest za to humor – może nie każdemu przypadnie on do gustu, ale mnie się spodobał (zwłaszcza dowcip z samochodem i jajkiem Kolumba).
Seria wyróżnia się także przerażająco jaskrawą kolorystyką. Jeszcze mogę zrozumieć pstrokate, dwukolorowe ubrania (jeden gradient przechodzi w drugi), ale włosy? Mimo wszystko wolę, gdy animacji towarzyszą bardziej stonowane kolory. Zaprezentowany w pierwszym odcinku opening jest taki sobie, ale sam soundtrack (zwłaszcza podczas walk) wydaje się całkiem niezły,
Summa summarum, Hamatora to nawet przyjemna, zwariowana seria przygodowa, ale nie wybija się ponad przeciętność.

Hoozuki no Reitetsu 


Opis serii: Opierająca się na czarnym humorze seria opowiadająca o Hoozukim, słudze Wielkiego Króla Yamy. Opanowany, a jednocześnie niezwykle sadystyczny demon próbuje zapobiec wszelkim problemom, które często nawiedzają Piekło.
Moje wrażenia:
Już na pierwszy rzut oka seria wyróżnia się nietypową, oryginalną kreską, która od razu przypadła mi do gustu. Oprawa graficzna nawiązuje do tradycyjnych drzeworytów, muzyka również oparta jest na starojapońskich motywach. Z kolei opening jest straszliwie fazowy – aż boję się go obejrzeć po raz kolejny.
Jeśli chodzi o stronę fabularną, to seria zdecydowanie stawia na epizodyczność. Pierwszy odcinek składał się właściwie z dwóch odrębnych epizodów. Spodziewałam się komedii, a dostałam komediowe slice of life... tyle że w piekle. I to mało piekielnym piekle z mało demonicznymi demonami. Przyznam, że powiało grozą, gdy dowiedziałam się, że nawet w piekle trzeba ciężko pracować, ale więcej piekielności nie uświadczyłam.
Seria nie broni się także jako komedia. Niektóre żarty były całkiem zabawne, ale większość jest po prostu zbyt hermetyczna, żeby rozśmieszyła odbiorcę niepochodzącego z Kraju Kwitnącej Wiśni. Osoba zaznajomiona z japońską kulturą może się zaśmiać, widząc parodię legendy o Brzoskwiniowym Chłopcu Momotaro, ale nawet ona nie załapie dowcipu o prezenterze z tokijskiej telewizji. Wychodzi na to, że serię będzie się dało oglądać tylko z dobrymi napisami z mnóstwem przypisów.
Gdyby nie to, że lubię oryginalne graficznie serie, wysłałabym Hoozuki no Reitetsu w diabły, ale na razie dam tej serii szansę, choć trochę mnie zawiodła.


Nisekoi



Opis serii: Raku Ichijou to zwyczajny licealista. No, powiedzmy... Byłby zwyczajnym licealistą, gdyby nie to, że jest przyszłą głową rodziny yakuzy zwanej Shuei-gumi. Dziesięć lat temu Raku złożył obietnicę pewnej dziewczynie. Obiecali sobie, że wezmą ślub, gdy jeszcze kiedyś się spotkają. Od tej pory Raku nigdy nie rozstaje się z naszyjnikiem, który dostał od tego dziewczęcia.
Pewnego dnia do klasy Raku przenosi się piękna dziewczyna, Chitoge Kirisaki. Jak to między licealistami bywa, natychmiast zaczyna ich łączyć nienawiść od pierwszego wejrzenia. Jednak życie nie jest takie proste i bohaterowie muszą zmierzyć się z przedziwnym zrządzeniem losu...
Moje wrażenia:
Anime jest Shaftem sezonu i od pierwszej chwili jest shaftowo. Zdziwiło mnie jednak trochę, że w serii Shaftu głównego bohatera nie gra Hiroshi Kamiya, tylko Kouki Uchiyama. Toż to cud nad cudy! No ale Kamiyana jest w tym sezonie tak dużo i w tylu różnych wcieleniach, że nie ma co narzekać.
Nisekoi bawi się schematami: mamy tu obietnicę z dzieciństwa, pamiątkę w postaci wisiorka (szkoda, że nie zegarka z pozytywką) i dziewczynę spadającą z nieba na głównego bohatera... tyle że podczas tego spadania kopie go w twarz, co w niezwykle trafny sposób ilustruje stosunek tej serii do kliszowych zagrywek.
Wprawdzie przebieg fabuły i powstanie trójkąta romantycznego można łatwo przewidzieć, ale przynajmniej rozwój znajomości między dwójką głównych bohaterów wypada naturalnie – żadne tam zakochałem się od pierwszego wejrzenia czy muszę ci pomóc, skoro zarządzeniem losu na ciebie wpadłam, ale czysta, bezgraniczna i obustronna nienawiść.
Podobały mi się niektóre z zastosowanych w odcinku „shaftowych” zabiegów graficznych (np. trawa), choć inne były całkiem nietrafione (choćby moment, gdy zmieniają się ukazujące różne lokacje tła, a postaci tuptają w miejscu). No i nie należy zapominać o bardzo fajnym nawiązaniu do Sayonara Zetsubou Sensei – ciekawe, czy i w przyszłych epizodach twórcy zastosują takie zabiegi, bo bardzo lubię ten typ humoru.
Pierwszy odcinek stanowi bardzo sympatyczne zawiązanie akcji, a cała seria zapowiada się na całkiem dobrą komedię romantyczną.

Noragami 



Opis serii: Yato, pomniejsze bóstwo, ma jedno marzenie: zostać najbardziej czczonym bogiem na świecie, zamieszkać w ogromnej świątyni i pławić się w chwale po wieki wieków. Na razie jednak nie ma nawet grosza przy duszy, a to, że jego shinki go opuszcza, wcale nie poprawia sytuacji. Pewnego dnia podczas wykonywania zlecenia Yato zostaje uratowany przez licealistkę Hiyori Iki, która nieświadoma, że właśnie spotkała boga, próbuje go wypchnąć z trasy nadjeżdżającej ciężarówki i sama zostaje ranna. Wypadek ma dla niej dziwne konsekwencje – zyskuje zdolność opuszczania swego ciała, gdy tylko straci przytomność lub zaśnie. Aby pozbyć się niespodziewanej i komplikującej życie mocy, Hiyori musi pomagać Yato, bo gdy ten stanie się silniejszym bogiem, będzie mógł rozwiązać jej problem.
Moje wrażenia: Dawno nie oglądałam tak klimatycznej serii. Po pierwsze, w tym jest, proszę państwa, humor. Ba, żarty są autentycznie zabawne. Wiem, że podkreślanie humorystyczności komedii może wydawać się dziwne, ale ostatnio większość anime pretendujących do tego gatunku bardziej żenowała lub nudziła niż śmieszyła.
Po drugie – bohaterowie. Każdego z nich polubiłam dosłownie od pierwszej chwili. Yato, bożek, który ostatnio słabo przędzie, bo i pieniędzy wyznawcy nie dają, a i samych czcicieli ma jak na lekarstwo, jest przezabawny w swojej wrodzonej samolubnej wredności. W dodatku głosu udziela mu Hiroshi Kamiya, świetnie wypadający w tej roli. Z kolei Hiyori to sympatyczna dziewczyna, której reakcją na słowo „bóg” jest podanie imienia ulubionego zapaśnika wrestlingowego, a reakcją na widok obcego chłopaka w swoim łóżku jest dziki wrzask i telefon na policję. Razem bardzo dobrze się uzupełniają – i od razu czuć pomiędzy nimi chemię.
Pierwszy odcinek był oczywistym wprowadzeniem i jako takie sprawdzał się doskonale, bo jestem zdecydowana oglądać dalej. Zapowiada się bardzo fajna seria przygodowa z ogarniętymi i sympatycznymi bohaterami.

Sekai Seifuku ~Bouryaku no Zvezda~



Opis serii: Co jest potrzebne, by podbić świat? Każdy z dawnych wielkich przywódców o tym marzył, ale nikt nie wprowadził marzenia w czyn. Nikomu nie udało się osiągnąć władzy nad całym światem... póki nie pojawiła się dziewczyna zwąca się Kate Hoshimiya. W jaki sposób dokonała czegoś tak niewyobrażalnego, przerażającego i wspaniałego? Czyżby to był... Spisek Zvezdy?
Moje wrażenia: Początkowo wydawało mi się, że całe to gadanie o podbijaniu świata może prowadzić do czegoś ciekawego. O, jakże srogo się myliłam! Na dzień dobry otrzymujemy protagonistę, który jest archetypowym Bohaterem Takim Jak Ty. Dramatycznie zapowiadana Kate Hoshimiya także bardzo mnie rozczarowała – to loli-dziewczątko o słodkim głosiku i zachowaniu typowym dla tsundere. No i, oczywiście, seria nie mogłaby istnieć bez obowiązkowego oskarżenia bohatera o próby molestowania (serio, Japończycy, po setnym razie to się zaczęło robić nudne).
Sekai Seifuku niesie ze sobą liczne walory edukacyjne. Przede wszystkim sprowokowała mnie do sformułowania postulatu, że przestroga „nie bierz jedzenia od obcych” powinna zostać uzupełniona o klauzurę „nie dawaj jedzenia obcym” z uszczególnieniem: „nie dawaj jedzenia obcym, małym dziewczynkom na różowym rowerze, które spotykasz nocą w środku miasta w czasie godziny policyjnej”. Coś takiego po prostu musiało skończyć się wstąpieniem do mrocznej organizacji dążącej do przejęcia władzy nad światem.
W serii pojawia się niezwykłe stężenie czołgów, helikopterów, masek gazowych i mundurów – to anime z pewnością skierowane jest do osób gustujących w „wojskowych” klimatach. Tylko dlaczego mam wrażenie, że całe to podbijanie świata będzie polegało na walkach odzianych w skąpe, ale za to obcisłe kostiumy panienek?
Temat przewodni anime – podbijanie świata i fakt, że główni bohaterowie to ci źli – ma w sobie pewien urok, ale z tego, co widzę, szykuje się seria mało ambitna, za to tak głupia, że aż fazowa.


Space Dandy 



Opis serii: Space Dandy to łowca przygód i marzyciel, który podróżuje przez galaktykę w poszukiwaniu niespotykanych wcześniej kosmitów. Wraz ze swoimi towarzyszami, robotem zwanym QT i Meow, podobnym do kota kosmitą, Dandy dzielnie odkrywa nieznane światy zamieszkane przez przedziwnych Obcych.
Moje wrażenia: Shinichiro Watanabe to jeden z japońskich reżyserów, o którym chyba większość miłośników anime słyszała, a jeśli ktoś nawet nie oglądał Samurai Champloo czy Cowboy Bebop, to przynajmniej kojarzy ich tytuły. Niecałe dwa lata temu Watababe uraczył nas bardzo mile przeze mnie wspominanym romansem Sekamichi no Apollon, tym razem postanowił jednak wrócić do dawnych klimatów. Space Dandy zapowiedziane zostało jako space opera i oldschoolowa komedia.
...tyle że komedii w tym jak na lekarstwo. Było parę momentów, w których się uśmiechnęłam, ale spodziewałam się czegoś dużo śmieszniejszego. Najzabawniejszym momentem odcinka był fragment openingu (który, swoją drogą, pod względem graficznym jest ciekawy, ale sama piosenka wypada przeciętnie), kiedy to widzimy kryształowe samotne łzy głównego bohatera™ zmieniające się w gwiazdy. Większość gagów wydawała mi się raczej idiotyczna i żałosna niż śmieszna (chyba że kogoś śmieszą żarty w stylu „o ja cię, cycki!”). Miałam wrażenie, że to humor na siłę. Cóż, zamierzam dać anime szansę, bo bohaterowie są nawet fajni. Być może seria jeszcze czymś mnie zaskoczy.


Toaru Hikuushi e no Koiuta


Opis serii: Jest to opowieść o księciu, który stracił wszystko i wyruszył w daleką podróż, z której może już nigdy nie wrócić. Choć jego myśli zatruwa nienawiść i chęć zemsty, na swojej drodze spotyka wielu ludzi, którzy uczą go, czym jest przyjaźń... i miłość.
Moje wrażenia:
Ostatnia z oglądanych przeze mnie serii po pierwszym odcinku wydała mi się strasznie sztampowa i nudna. Dobre wrażenie sprawia świat przedstawiony przypominający połączenie Laputy z Last Exile. Niestety, kuleje kreacja bohaterów. Już w pierwszym odcinku, wiadomo, kto jest kim, a każdą z przedstawionych postaci można opisać dwoma lub najwyżej trzema przymiotnikami – może się mylę, ale podejrzewam głębi to oni żadnej nie posiadają. Poza tym irytują mnie same założenia fabularne: wyruszamy na superważną i niesamowicie niebezpieczną misję, by odkryć, czy istnieje legendarne Cośtam. Zabierzmy ze sobą całe stado nieopierzonych szczyli, w końcu podczas podróży nie będziemy mieli nic do roboty oprócz szkolenia tychże w pilotowaniu samolotów! A, wrogowie? No cóż, miejmy nadzieję, że nie zaatakują, zanim skończymy uczyć nasz narybek.
Sama nie wiem, może to ichniejszy sposób na pozbycie się słabo rokujących przydatność społeczną jednostek, w tym wyżej wymienionego księcia?
Wątku miłosnego nawet komentować nie będę, bo zapowiada się wyjątkowo przewidywalnie.
Seria nie zachwyca od strony graficznej – projekty postaci są toporne i pozbawione szczegółów, a zdarzało się, że podczas rozmów ich twarze dziwnie się wykrzywiały (skoro to pierwszy odcinek, strach pomyśleć, co będzie dalej). Z kolei nie przeszkadzały mi efekty komputerowe – było ich sporo, ale umiejętnie dopasowano je do klasycznej animacji. Muzycznie seria niczym nie zachwyciła, ale i nie jest pod tym względem najgorzej.


Uwagi dodatkowe:

  1. Oczywiście nie są to wszystkie serie wychodzące w tym sezonie, a jedynie te, które będę oglądać. Pełną rozpiskę nowości można zobaczyć tutaj.  
  2. Do zestawienia nie wliczam filmów i serii OVA – te pierwsze są i tak na razie niedostępne poza japońskimi kinami, a te drugie pojawiają się zazwyczaj nieregularnie.  
  3. Jak ktoś może zauważył, zimą nie wyjdzie żadne pełnosezonowe shoujo (ba, nie ma nawet żadnej dennej adaptacji gry otome!), ale ukażą się dwie trzyodcinkowe serie: Sugar Soldier i Romantica Clock. Nie włączam ich do zestawienia, bo ich pierwsze odcinki pojawią się nieco później. 
  4. Z pełnym rozmysłem nie sięgam po żadne anime, która ma w tytule „Nobunaga”. Serio, no ile można profanować postać historyczną, pokazując złowrogiego generała jako dziewczynkę z supermocami albo wypasioną broń (co ma miejsce w jednym z Nobunag tego sezonu)? Japończycy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Sezon anime jesień 2013 - zakończone serie

Jako że leniwe ze mnie stworzenie, a i napisanie recenzji wszystkich serii, jakie skończyły się wraz z jesiennym sezonem, przekraczałoby moje siły i możliwości czasowe, postanowiłam zrobić tylko krótki (na ile się dało) spis wrażeń z obejrzanych anime. 


Galilei Donna 


Tak to już bywa, że serie na podstawie oryginalnego scenariusza zazwyczaj rozczarowują. Mam wrażenie, że tym razem ktoś stwierdził, iż zrobi anime, które spodoba się każdemu. W efekcie w Galilei Donna mamy (niekoniecznie w tej kolejności) małoletniego geniusza płci żeńskiej, Galileusza, mechy, dziwne latające machiny, złą i knującą przejęcie władzy nad światem (przez kontrolowanie zasobów) organizację, podróż w poszukiwaniu prawdy, nieuzasadnione uwięzienie, rychły koniec świata, piratów, problemy rodzinne, amnezję, niepotrzebną śmierć trzecioplanowych bohaterów, tajemniczy skarb, oczywistą zdradę, tragiczną przeszłość, podróż w czasie, niespełnioną miłość, najdziwniejszy incest w historii anime, bitwę powietrzną, a jako wisienka na torcie pojawia się kulminacyjna scena sądowa. I to wszystko w jedenastu odcinkach. Po obiecującym (choć wymagającym przymknięcia oka na dziury logiczne) początku dostaliśmy mocno średnie rozwinięcie i zawodzące wszelkie nadzieje zakończenie.
A wbrew pozorom fabuła wcale mogła nie być taka zła. Wciśnięto tu na siłę zbyt wiele kliszy i schematów, ale ten grzech można by wybaczyć, gdyby wątek przewodni poprowadzono z sensem i konsekwentnie. Tymczasem twórców zwyczajnie poniosła wyobraźnia, w efekcie scenariusz pod względem dziur przypomina ser szwajcarski. Co zaskakujące, w porównaniu z fabułą postaci nie wypadają tak źle, choć dość sztampowe, są pełnokrwiste i od razu zapadają w pamięć. Szkoda tylko, że w ostatnim odcinku nagle wszyscy wypadają ze swoich ról. Miałam wrażenie, że na potrzeby scenariusza większość z postaci nagle zrezygnowała ze swoich motywacji i planów, by podporządkować się imperatywowi happy endu.
Od strony graficznej seria prezentuje się całkiem nieźle. Projekty postaci są naprawdę ładne – ba, bohaterki czasem nawet zmieniają stroje. Postaci dobrze wyglądają w ruchu, a ich sylwetki nie deformują się po przejściu na dalszy plan, również efekty komputerowe zastosowano z wyczuciem, dzięki czemu nie gryzą się ze standardową animacją. Z kolei ścieżka dźwiękowa niespecjalnie daje się zapamiętać. Wyjątkiem jest całkiem niezły opening.  
Moja ocena: 6/10.


Gingitsune


Okruchy życia z elementem nadnaturalnym w postaci bóstw, duchów czy innych japońskich demonów nie stanowią jakiejś nowości. Przepis na sukces takich serii jest prosty: przedstawiamy ciepłą, choć czasem banalną historię, która nie musi być oryginalna czy powalająca, wystarczy, że jest sympatyczna. W Gingitsune nie do końca się to udało, głównie za sprawą mdłych i nijakich bohaterów, którzy nie potrafili mnie sobą zaciekawić. To, co miało wzruszać, zwyczajnie nudziło, a problemy bohaterów wydawały mi się banalne i niewarte poświęconego im czasu.
Wielką zaletą serii jest realistyczne przedstawienie życia w shintostycznym chramie. Twórcy zdecydowali się wyjaśnić pochodzenie i znaczenie wielu japońskich obyczajów i praktyk religijnych związanych z tego typu świątyniami. Uważny widz może się więc wiele dowiedzieć o zwyczajach w Kraju Kwitnącej Wiśni, zwłaszcza że wyjaśnienia są proste i nie straszą tanim dydaktyzmem.
Pod względem graficznym seria prezentuje się nadzwyczaj ubogo. Nie mam nic do zarzucenia designowi ludzkich bohaterów, ale do samego końca nie potrafiłam się przekonać do projektów postaci boskich wysłanników. Nawiązują do wyobrażeń pochodzących z japońskich wierzeń, ale mimo wszystko w porównaniu z innymi seriami wypadają po prostu brzydko, karykaturalnie i zwyczajnie nieciekawie.
Summa sumarum, anime ogląda się przyjemnie, ale po obejrzeniu widz ma wrażenie, że właściwie nic nie zobaczył.
Moja ocena: 6/10.


Kakumeiki Valvrave 2nd Season


Nie lubię mechów. Jeśli coś zdoła mnie przekonać do obejrzenia anime, w którym bohaterowie siadają za sterami wielkich robotów zamiast zwyczajnie i prozaicznie tłuc się po mordach, to jest to tylko dobra fabuła.
Kakumeiki Valvrave jest ewenementem. Obiektywnie rzecz biorąc, to anime składa się z samych klisz i schematów. To wszystko już było – w takim czy innym natężeniu, w podobnej lub lekko zmienionej formie, ale gdzieś tam to widzieliśmy. Teoretycznie jest to seria o dość poważnej tematyce, traumatycznych doświadczeniach i licznych tragediach. W praktyce niebywałe wręcz stężenie patosu i taniego dramatu nie pozwala tego anime traktować poważnie, z czego tworzące serię studio Sunrise najwyraźniej zdało sobie sprawę i postanowiło udowodnić, że maksyma „co za dużo, to niezdrowo” Kakumeiki Valvrave najwyraźniej nie dotyczy.
To było dobre anime. Nie jakieś szczególnie wybitne, ale po prostu dostarczyło mi niewiarygodnej fazy i długotrwałej głupawki. I był tam L-Elf. Zaprawdę, powiadam Wam, warto obejrzeć tę serię tylko po to, by posłuchać, jak japońscy seiyu wymawiają to imię.
Moja ocena: 8/10.


Kyoukai no Kanata


Produkcjom studia Kyoto Animation już dawno przypięto łatkę ładnych graficznie anime, które w zasadzie traktują o niczym – a raczej o ładnych dziewczynkach (lub chłopcach, jak w przypadku Free!) robiących słodkie rzeczy. Tym razem zamiast kolejnych okruchów życia studio postanowiło wypuścić anime typu szkolna seria o bohaterach z supermocami.
Po pierwszym odcinku Kyoukai no Kanata zapowiadało się naprawdę nieźle – śliczne (choć standardowe dla studia) projekty postaci i niebywale dopracowana, dynamiczna animacja w połączeniu z komedią z domieszką dramatu... co mogło pójść źle? Niestety, to co najważniejsze – sama fabuła, wtórna, przewidywalna i zwieńczona rozczarowującym zakończeniem (choć gdyby nie ostatnia scena, serię zapewne oceniłabym ją o oczko wyżej). Ogółem dużo lepiej oglądało mi się sceny czysto komediowe niż stanowiące meritum anime wątki dramatyczne. Wprawdzie fabuła ładnie zamyka się w tych dwunastu odcinkach, ale po obejrzeniu całości miałam wrażenie niedosytu – wiele drugoplanowych wątków zostało nierozwiązanych, więc zapewne można liczyć na kontynuację.
Trudną do oceny stroną anime są bohaterowie. Z jednej strony, wszyscy przypadli mi do gustu i nawet męcząca w pierwszej chwili Kuriyama po bliższym poznaniu okazała się rezolutną i sympatyczną postacią. Problem polega na tym, że im bardziej rozwijają się dotyczące ich wątki dramatyczne i im więcej dowiadujemy się o tragicznych przeszłościach, tym bardziej sztampowi i nudni stają się bohaterowie.
Mimo wszystko Kyoukai no Kanata stanowi przyzwoite anime rozrywkowe. Jeśli nie oczekujecie zbyt rozbudowanej i odkrywczej fabuły i szukacie serii przygodowej w sam raz do obejrzenia w jeden długi wieczór, to mogę śmiało polecić to anime.  
Moja ocena: 7/10.


Kyousou Giga (TV) 


Jak już wspomniałam, serie na postawie oryginalnego pomysłu mają to do siebie, że zazwyczaj rozczarowują nieprzemyślanym i dziurawym jak sito scenariuszem. Na szczęście istnieją chlubne wyjątki od tej reguły, a jednym z nich jest Kyousou Giga.
Losy tego anime są długie i skomplikowane. Początkowo zapowiadane było jako film, potem ukazał się niespełna półgodzinny odcinek wyemitowany w Internecie. Projekt spotkał się z dużym entuzjazmem widzów i w 2012 roku pojawiło się pięć kolejnych, tym razem dziesięciominutowych odcinków. Wreszcie Kyousou Giga zadebiutowała w telewizji – pierwszą ONA z 2011 roku (z kilkoma przeróbkami) wyemitowano jako odcinek zerowy, a pięć odcinków z 2012 roku rozwinięto i zgrabnie wpleciono w pozostałe wątki.
Seria zachwyca przede wszystkim prostą, ale przeprowadzoną z rozmachem fabułą i światem przedstawionym – szalonym, jaskrawo-pastelowym i niezwykle wyrazistym. Zwariowana rzeczywistość Lustrzanej Stolicy, gdzie żyją razem ludzie, demony i święci, została gęsto podlana klimatem rodem z Alicji w Krainie Czarów. Nie rozczarowuje też zakończenie – satysfakcjonująco wyjaśnia wszystkie zagadki i zgrabnie domyka rozpoczęte wcześniej wątki.
Jest tu akcja, tajemnice do rozwiązania, trochę dramatu i mnóstwo komedii. Są bohaterowie, których nie sposób nie polubić – przy czym nikt tak naprawdę nie jest taki, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.
Seria może poszczycić się naprawdę zróżnicowanym soundtrackiem oraz świetną grą seiyu. Z drugiej strony kanciasta i chwilami zbyt uproszczona grafika w połączeniu z niezwykle dynamiczną animacją nie każdemu może przypaść do gustu.
Moja ocena: 9/10.


Little Busters! Refrain


Obejrzałam drugi sezon tej serii tylko po to, by dowiedzieć się, jak zakończy się główny wątek i wyjaśni się „tajemnica świata”. Pierwszy sezon rozczarował mnie zarówno pod względem grafiki, jak i fabuły i bohaterów, drugi – choć trudno w to uwierzyć – jest pod tym względem jeszcze gorszy.
Pod względem bohaterów niewiele się tu zmieniło. Choć cały czas jest mowa o dojrzewaniu i dorastaniu postaci, to najwyraźniej niedorozwinięte umysłowo piszczące bohaterki dalej nie zmądrzały (choć na szczęście mają mniej czasu antenowego), a protagonista wciąż jest mdły, irytujący i nijaki. Fabuła – poza pierwszymi odcinkami, poświęconymi Kurugayi (która wydawała mi się najsympatyczniejszą bohaterką, a której wątek boleśnie rozczarował) poświęcona jest finalnemu wątkowi zagadki świata. Jak można było się domyślać, rozwiązanie okazało się banalnie proste i przewidywalne, a na dodatek optymistycznie naiwne i tak przesłodzone, że do każdego odcinka powinno być dołączone ostrzeżenie o niebezpieczeństwach próchnicy. Nie mam nic przeciwko happy endom, ale zakończenie tej serii w kilka minut zrujnowało cały klimat i z mozołem budowane napięcie poprzednich odcinków. Przez kilkanaście epizodów anime traktowało o dojrzewaniu do życia w prawdziwym, brutalnym świecie, gdzie nieszczęść nie można odwrócić i tylko siła charakteru pozwala przetrwać, a zakończono je radosnym stwierdzeniem, że friendship is magic i leczy wszelkie złamania, rany otwarte i krwotoki. Alleluja!
Little Busters! Refrain próbuje grać na uczuciach widza, serwując łzawy dramat skwitowany naiwnym happy endem. Być może nie należę do docelowych widzów tego anime, być może są ludzie, dla których ta seria stanowi wspaniałe okruchy życia i poruszający wyciskacz łez, przy oglądaniu którego nie można powstrzymać się od płaczu. Być może. Dla mnie to niestrawna i nudna jak flaki z olejem historia o głupawym zakończeniu. Nie polecam.
Moja ocena: 2/10.


Monogatari Series: Second Season

Kontynuacja serii spod znaku Monogatari nie rozczarowuje. Największą zaletą tego anime jest ograniczenie fanserwisu w stosunku do poprzednich odsłon cyklu. Czy seria, w której w zasadzie wszyscy tylko mówią i mówią (i tym razem nikt nikomu zębów nie myje), może zdobyć popularność? Sądząc po internetowych opiniach, tak.
Jak tak zastanawiam się nad wadami tej serii, to nie mogę nie wspomnieć, że anime jest wyraźnie przegadane. Podczas gdy w poprzednich sezonach długie i dowcipne rozmowy równoważyły się ze scenami akcji, tu tych drugich jest naprawdę jak na lekarstwo. Chwilami miałam przez to wrażenie zmęczenia materiału – w końcu ile można oglądać gadające głowy, wprawdzie pokazane w specyficzny, tak charakterystyczny dla tej serii shaftowski sposób, ale w gruncie rzeczy wciąż takie same.
Anime na szczęście broni się pod względem fabularnym – może i ciągle gadają, ale przynajmniej z sensem i ciekawie, dzięki czemu na światło dzienne wychodzą różne tajemnice tylko lekko zarysowane w poprzednich sezonach. Wiele wątków zostaje ostatecznie domkniętych, bohaterowie ewoluują w zauważalny sposób, harem staje się mniej haremowy, a wszystkie historie zaczynają się łączyć w większą całość. Pod tym względem najlepiej wypada ostatnia część, z której dowiadujemy się wielu ciekawych informacji; poznajemy też wreszcie (jak się wydaje) głównego antagonistę serii. Zresztą sama ostatnia historia jest ukazana oryginalniej niż pozostałe, głównie za sprawą wprowadzenia innego narratora, którym staje się Kaiki. Całą serię zakończono w tak wrednym momencie, że pozostaje tylko czekać z niecierpliwością na dalszy sezon. I na będące prequelem do całości Kizumonogatari, którego premiera wciąż jest odkładana z roku na rok.
Moja ocena: 8/10.

piątek, 29 listopada 2013

Mikroby atakują



Moyashimon i Moyashimon Returns

 

Czym mogą zajmować się studenci uczelni rolniczej? Zapewne odpowiecie, że pokątnym pędzeniem bimbru. I wcale się nie pomylicie. 

Moyashimon Returns

Tadayasu Sawaki to świeżo upieczony student tokijskiego Uniwersytetu Rolniczego. Pozornie niczym się nie wyróżnia, posiada jednak przedziwną (choć niezbyt w codziennym życiu przydatną) umiejętność: potrafi dojrzeć gołym okiem mikroby. Już pierwszego dnia studenckiego życia Tadayasu i jego najlepszy przyjaciel, Kei Yuuki, dołączają do grupy laboratoryjnej profesora Itsukiego, ekscentrycznego miłośnika wszelakiej fermentacji. Wraz z pozostałymi seminarzystami będą przeprowadzać związane z żywnością eksperymenty, korzystać z uciech studenckiego życia i zajmować się specjalnym projektem polegającym na samodzielnym uwarzeniu tradycyjnego sake. 

Tym, co pierwsze rzuca się w oczy już przy pobieżnym spojrzeniu na plakat reklamujący serię, są oczywiście mikroby. Widziane oczyma Tadayasu bakterie, wirusy, grzyby i wszelkie inne drobnoustroje nie przypominają bowiem znanych nam z lekcji biologii zdjęć mikroskopowych. Schematycznie narysowane i wiecznie uśmiechnięte mikroby są – co tu dużo mówić – najzwyczajniej przeurocze. Te sympatyczne stworki towarzyszą nam przez całą serię, a ich celne komentarze potrafią nieraz rozśmieszyć do łez. Drobnoustroje nie są jednak równorzędnymi bohaterami tej opowieści – zostały wprowadzone do świata przedstawionego, by w przystępny i humorystyczny sposób wytłumaczyć zjawiska biologiczne, same naprawdę rzadko biorą udział w wydarzeniach. 

Dużo ważniejsi dla fabuły są „ludzcy” bohaterowie tego anime – Tadayasu, Kei, profesor Itsuki, doktorantka Haruka Hasegawa, seminarzystki Hazuki Oikawa i Aoi Mutou oraz niepokorni studenci Takuma Kawahama i Kaoru Misato. To przeurocza gromadka, której ciężko nie polubić, mimo że w Moyashimonie nie ma postaci nieposiadającej jakiejś wady. Bohaterowie dobrze sprawdzają się w swoich rolach i są po prostu swojsko prawdziwi. Przyznam jednak, że odkryte w pewnym momencie rewelacje związane z Keiem zabiły mi na moment ćwieka, choć później przyzwyczaiłam się do takiego rozwoju tej postaci. 

Wśród bohaterów prym wiedzie oczywiście Tadayasu. Pomijając jego nadzwyczajną zdolność, wydaje się całkowicie przeciętnym chłopakiem – w pierwszej chwili wypada dość blado porównaniu z innymi, bardziej ekscentrycznymi postaciami. Dopiero po jakimś czasie przekonałam się, że ta „normalność” stanowi właśnie siłę głównego bohatera Moyashimona, który pomimo swoich nadnaturalnych zdolności nie zadziera nosa i stara się prowadzić zwyczajne życie. Zresztą sama umiejętność widzenia mikrobów nie jest typową „mocą” bohatera anime. Świata (tudzież okolic) za jej pomocą uratować się nie da, można najwyżej uchronić kolegów przed zatruciem żołądkowym – summa summarum ta zdolność bardziej przeszkadza Tadayasu w życiu niż pomaga. 


Mikroby


W Moyashimonie można wyróżnić dwa wątki: naukowy i obyczajowy. Ten pierwszy związany jest z mikrobami i sprowadza się w zasadzie do humorystycznego pokazania, jak przebiega proces fermentacji żywności i w jaki sposób przyrządza się różnego rodzaju alkohole. Oprócz tego pod koniec każdego odcinka pojawia się bonus w postaci Teatrzyku Mikrobów, w którym sympatyczne drobnoustroje wyjaśniają swoje właściwości, funkcje pełnione w organizmie człowieka czy też w procesie przetwarzania żywności oraz wywoływane przez siebie choroby. Wyjaśnienia podane są tak przystępnie, że są zrozumiałe nawet dla laików, którzy z tematyką mikrobiologii nigdy nie mieli nic wspólnego. 

Z kolei wątek obyczajowy opowiada głównie o życiu studenckim. Choć świat wkraczających w dorosłość młodych ludzi jest również pokazany w komediowy sposób, seria nie waha się wziąć na warsztat także trudniejszych tematów, takich jak wybór nowej drogi życiowej czy konieczność dostosowania się do tradycji rodzinnych i sprostania oczekiwaniom rodziców. Nad całym anime unosi się lekki smrodek dydaktyczny (związany zarówno z naukową, jak i obyczajową warstwą serii), nie jest on jednak aż tak nachalny, by mógł komukolwiek przeszkadzać. 

Moyashimon składa się z dwóch liczących sobie po jedenaście odcinków sezonów. Pierwszy z nich powstał w 2007 roku, drugi (Moyashimon Returns) wyemitowano pięć lat później. Choć druga seria stanowi bezpośrednią kontynuację, można wyczuć dość istotne różnice między oboma sezonami. Pierwszy z nich kładzie nacisk na komediową stronę serii i skupia się na różnych epizodach z życia Tadayasu i jego przyjaciół. Drugi sezon uderza w nieco poważniejsze tony i prawie w całości poświęcony jest wątkowi przedstawiającemu wyjazd bohaterów do Francji i próbę rozwiązania problemów rodzinnych Haruki Hasegawy. Choć początkowy sezon oglądało się naprawdę przyjemnie, muszę przyznać, że wątek francuski z drugiego dłużył mi się niemiłosiernie i pomimo że udana końcówka rekompensuje kilka nudniejszych epizodów, pierwszy Moyashimon pozostaje w moim odczuciu dużo lepszy niż Returns

Za to pod względem technicznym nie ma większych różnic pomiędzy seriami – choć mimo wszystko widać, że ta druga powstała kilka lat później, to starano się nie zmieniać za bardzo projektów postaci czy stylu animacji. Serii nijak nie można nazwać szczytem japońskich możliwości, animacja jest jednak poprawna, choć widać oszczędności w postaci nieruchomych plansz przestawiających tłumy czy ubogich teł. Postaci kobiece naprawdę ładnie rysowane, ale męskie w moim odczuciu zbyt przerysowano i udziwniono (co szczególnie widoczne jest w przypadku mieszkańców akademika). Zaletą jest jednak bardzo bogata mimika postaci, choć chwilami twórcy nieco przesadzali ze stylem super deformed. Od strony muzycznej w ucho wpadły mi przede wszystkim sympatyczne piosenki towarzyszące pierwszej serii. Sam soundtrack oraz opening i ending z drugiego sezonu nie wyróżniają się niczym szczególnym. 


 


Moyashimona mogę z ręką na sercu polecić miłośnikom serii obyczajowych (a zwłaszcza tym, którym znudziło się oglądanie po raz setny życia licealistów) oraz tym, którzy nie przestraszą się naukowych dywagacji – podanych wprawdzie przystępnie, ale niezwykle licznych. Do seansu zachęcam również wszystkich zainteresowanych tematyką okołobiologiczną, gdyż z serii można wynieść mnóstwo informacji związanych z drobnoustrojami czy też dotyczących procesu produkcji sake oraz wina. Zresztą Moyashimona warto obejrzeć choćby dla samego widoku uśmiechniętych buziek mikrobów. 


Moja ocena: 
Moyashimon: 8/10
Moyashimon Returns: 7/10

niedziela, 3 listopada 2013

Hunter x Hunter: Phantom Rouge





Gon i Killua otrzymują niepokojący telefon od Leoria. Łowca zawiadamia ich, że Kurapika ma kłopoty, i prosi o wsparcie. Po przybyciu do miasta, w którym przebywają ich przyjaciele, Gon i Killua dowiadują się, że ostatni ocalały z klanu Kurta padł ofiarą dość specyficznego złodzieja. Oczywiście młodzi Łowcy wyruszają na poszukiwanie złoczyńcy, przy okazji spotykając Retz, dziewczynę pracującą jako lalkarz. Szukając złodzieja, natrafiają na grubszą aferę. Z pomocą przyjdzie im nowa znajoma i... członkowie Fantomu? 
 
Film Hunter x Hunter: Phantom Rouge można umiejscowić gdzieś pomiędzy arcem Yorknew City a Greed Island. Choć jego fabuła stanowi odrębną historię, to nie polecałabym go osobom nieznającym głównej serii – mimo iż twórcy starali się jak mogli, niespełna półtorej godziny to za mało, by przedstawić w pełni realia świata czy oddać pełną krasę skomplikowanych relacji między postaciami. 
 
Film, jak większość tego typu produkcji, skupił się raczej na przedstawieniu nowo wprowadzonych postaci, których losy ważyły się w tej historii: tajemniczego byłego Numeru 4 z Fantomu, Retz oraz przyjaciela z dzieciństwa Kurapiki. Pojawienie się na ekranie Hisoki oraz członków Fantomu – a więc bohaterów jednego z najpopularniejszych arców – jest z kolei oczywistym chwytem marketingowym mającym zapewnić produkcji większą oglądalność. Obecność tych postaci w znacznym stopniu ubarwia film (bez nich stałby się mdły i zwyczajnie nudny), mam jednak wrażenie, że członkom Fantomu amputowano charaktery i całą towarzyszącą im mroczną i złowrogą aurę – stali się zwykłymi ozdobnikami. Z drugiej strony nawet taka ich symboliczna obecność sprawia, że wprowadzeni na potrzeby filmu nowi bohaterowie wypadają blado i nijako, a ich historie są do bólu sztampowe i niezbyt wciągają odbiorcę. 
Sama fabuła, choć schematyczna i przewidywalna, nie wypada o dziwo tak źle. Film cierpi jednak na pewną bolączkę: zawiera wszystkie shounenowe wady, które najbardziej irytują w innych seriach, a których nie uświadczymy w oryginalnym Hunterze. Scenariusz zwiera więc emowanie, tragiczną przeszłość, ciągle powtarzające się nudne sceny retrospekcji, emowanie, wzniosłe przemowy, antagonistę o wybitnie sztampowej motywacji i jeszcze więcej emowania. Wyglądało to tak, jakby większość postaci nagle zapragnęła odbyć długą i naładowaną emocjami wycieczkę w najmroczniejsze i naznaczone traumami zakamarki swoich pokręconych dusz. Nie powiem, że przedstawione tu problemy głównych bohaterów wzięły się znikąd i nie pasują do ich osobowości, ale w mandze są one zaznaczone delikatniej i autor zbytnio się nad nimi nie rozwodzi, a w filmie za bardzo je wyeksponowano. Jeśli jednak ktoś nie jest tak uwrażliwiony na te wady jak ja, powinien całkiem nieźle bawić się przy seansie. Choć, jak już wspomniałam, fabuła jest typowa dla tego typu filmów i raczej przewidywalna, to uwaga widza skupia się raczej na barwnych zachowaniach postaci niż mankamentach scenariusza. 
 
Hunter x Humer: Phantom Rouge, jak większość produkcji mających trafić na ekrany kin, jest bardzo dopracowany pod względem technicznym. Warto obejrzeć ten film dla samej animacji walk – są naprawdę dynamiczne, a ruchy postaci wyglądają niezwykle płynnie. Z kolei kolorystyka jest dużo mroczniejsza i bardziej stonowana niż w jaskrawej i nieco cukierkowatej serii telewizyjnej. Większość akcji dzieje się w nocy lub w ciemnych pomieszczeniach, ale lokacje (jak np. pejzaż z zachodzącym słońcem czy wnętrze budynku z finalnych scen) są naprawdę szczegółowo dopracowane. Film posiada też wpadającą w ucho ścieżkę dźwiękową. Jako temat przewodni wykorzystano piosenkę Reason graną przez YUZU (która stanowi też trzeci ending do serii telewizyjnej). Różne wariacje tej melodii znakomicie podkreślają klimat, a użyte w scenach walk żywsze utwory dobrze oddają dynamizm pojedynków.
Hunter x Hunter: Phantom Rouge to z pewnością film dla osób zaznajomionych wcześniej z mangą lub anime. Choć produkcja ta ma wiele mankamentów, to sama w sobie stanowi całkiem sympatyczny zabijacz czasu. Jeśli więc ktoś lubi Huntera i ma akurat wolny wieczór, to śmiało mogę mu polecić film. Wprawdzie fabularnie jest to tylko typowy wypełniacz, ale możliwość ponownego zobaczenia ulubionych postaci (i to w lepszej odsłonie graficznej) z pewnością wynagrodzi wady scenariusza. 

Ocena: 7/10