wtorek, 1 kwietnia 2014

Sezon anime zima 2014 - końcowe wrażenia, cz. II

Hamatora 



Kolejna seria tego sezonu, która nieco rozczarowuje. Anime ma fajny klimat (coś w rodzaju połączenia Baccano! z K), poza tym niektóre żarty słowne i sytuacyjne też dawały radę, ale całość jest bardzo przeciętna. Twórcy najwyraźniej mieli problemy ze znalezieniem złotego środka między komedią a dramatem – przejście w ciągu paru sekund z zabawnego skeczu do brutalnego morderstwa nie wpływa dobrze na odbiór serii, przynajmniej w moim przypadku. Hamatora, będąc przede wszystkim serią głównie rozrywkową, próbuje też odpowiedzieć na pytania o różnice między wyjątkowością a przeciętnością, przedstawiając reakcje zwykłych ludzi na pojawienie się osób z nadnaturalnymi zdolnościami. Tyle że robi to w sposób niezwykle powierzchowny i niezgrabny – wiele serii poruszało już ten temat i właściwie większość z nich robiła to dużo lepiej. W zasadzie cały rozdmuchany konflikt społeczny sprowadza się jedynie do generalnych zamieszek. Na koniec serii twórcy podejmują próbę kulminacyjnego rozładowania napięcia przez pojedynek Tego Dobrego i Naczelnego Psychopaty. Szkoda tylko, że zapomnieli zakończyć wszystkie inne wątki, w efekcie czego całość wypada niezwykle blado.
Jeśli chodzi o bohaterów, to są typową dla serii o nadnaturalnych zdolnościach zbieraniną indywiduów, przy czym każdego z nich już gdzieś w jakimś anime widzieliśmy. Większość z nich w zasadzie nie wychodzi poza narzucone od samego początku role. Z kolei Naczelny Psychopata był naprawdę dziwaczny, a jego plan wprowadzenia złych knowań w życie przypomniał mi analizę opka o przekombinowanym elfim łuczniku, która jakiś czas temu ukazała się na Przyczajonej Logice.
http://przyczajona-logika.blogspot.com/2012/02/elfi-ucznik-i-przekombinowane-wszystko.html
Graficznie seria jest wyjątkowo nierówna, a niektóre odcinki i sceny są wyraźnie robione na odwal. Uwagę zwracają przede wszystkim niebywale jaskrawe kolorki, które przyprawiają wręcz o oczopląs. Z kolei muzyka – po raz kolejny przywodząca na myśl Baccano! i Durararę!! – jest warta uwagi.
Anime pewnie otrzymałoby wyższą notę, gdyby nie to, że kończy się wkurzającym cliffhangerem, który chyba każdemu skojarzy się z pierwszym Code Geassem. I tak jak w wypadku tej kultowej serii, zapowiedziano już kontynuację.
Moja ocena: 6/10.



Tokyo Ravens 



Rzadko się zdarza, żeby seria pod względem fabularnym nawet znośna była aż takim graficznym koszmarkiem jak Tokyo Ravens. Nieciekawe, zrobione jak od kalki projekty postaci, paskudne komputerowe animacje i uproszczenia grafiki potrafią naprawdę obrzydzić seans. Anime próbuje nadrabiać braki techniczne starannie rozbudowanym światem, ale okazuje się on – co nietypowe – zbyt szczegółowo przedstawiony, żeby widz, który nie robił notatek podczas seansu, mógł się w tym wszystkim połapać. Widać, że do serii upchnięto wszystko, co się dało, w efekcie czego zabrakło czasu na dokładne wyjaśnienia dość skomplikowanych założeń i niektórych pobocznych kwestii. Kuleje także sam rozwój fabularny – początkowo mamy kilka opartych głównie o beznadziejny fanserwis luźniejszych epizodów humorystycznych, które bez żadnych szkód dla fabuły można by wyciąć, dzięki czemu być może wciśnięta do paru epizodów dynamiczna końcówka stałaby się mniej chaotyczna.
Seans nieco ratują interesujące postaci, choć irytująco bierny główny bohater może naprawdę zniechęcić do oglądania tego anime. Na uwagę zasługuje za to cała zgraja postaci drugoplanowych, z których moim faworytem został Ootomo. Ale cóż z tego, że pojawia się kilku ciekawych bohaterów, skoro nie dowiadujemy się o nich nic więcej, a ich rola ogranicza się do bezsensownego miotania się tam i z powrotem po scenariuszu.
Zawiodło mnie też zakończenie. Wprawdzie główne wątki zostały zamknięte, to nie wyjaśniono do końca naprawdę wielu kwestii. Od razu widać, że to jeszcze nie koniec historii, a twórcy zostawili sobie otwartą furtkę do kontynuacji – miejmy nadzieję, że będzie miała ona dużo większy budżet.
Moja ocena: 5/10.



Chūnibyō demo Koi ga Shitai! Ren



Kolejna seria, która mnie w tym sezonie zawiodła, aczkolwiek w tym przypadku od początku byłam przekonana, że ta kontynuacja nie może skończyć się dobrze. Pierwsza seria Chūnibyō... miała zbyt pełne i zamknięte zakończenie, żeby stworzyć po tym sensowny dalszy ciąg. W efekcie otrzymaliśmy pozbawioną głębszego przesłania typową komedyjkę od KyonAni, ładną, a jednocześnie pustą jak wydmuszka historyjkę o licealistach. Szkoda mi nieco zaprzepaszczonego potencjału, przejawiającego się szczególnie w nikłym rozwoju wątku romantycznego i praktycznym braku pogłębiania więzi między postaciami. Niemniej jednak, jeśli ktoś ma ochotę na chwilę niezobowiązującej rozrywki przy ładnym graficznie anime, druga seria Chūnibyō demo Koi ga Shitai! powinna mu się spodobać.
Moja ocena: 6/10.

Samurai Flamenco



Ta notka nie ma szczęścia do dobrych anime, ponieważ ostatnia oceniana w niej seria to największe rozczarowanie ostatnich dwóch sezonów, czyli niesławny Samurai Flamenco.
A zaczęło się naprawdę dobrze. Już sama zapowiedź serii o superbohaterach opartej na oryginalnym scenariuszu dawała spore nadzieje. Pierwsze odcinki jeszcze je pogłębiły – historia o chłopaku, który wprawdzie nie ma nadnaturalnych zdolności, ale i tak postanowił wcielić w życie swoje marzenie o zostaniu wielkim bohaterem, włócząc się w czerwonym kostiumie po mieście i pouczając ludzi wystawiających śmieci o nieprawidłowych porach, może nie powalała, ale rokowała na całkiem sympatyczne anime. Tymczasem po paru odcinkach twórcy postanowili diametralnie zmienić całą estetykę serii na fantastyczno-groteskową, pozbawioną nawet szczątkowego realizmu parodię typowego sentaia. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że po kilku kolejnych epizodach estetyka znowu się zmieniła. I znowu. I znowu. Początkowo żywiłam się złudzeniami, że to żart i zaraz się okaże, że bohaterowie anime kręcą wyjątkowo głupi serial. Niestety, moje nadzieje okazały się płonne. Każda część nawiązuje do całkiem innych schematów historii o superbohaterach, w efekcie całość wygląda jak sklecona naprędce z użyciem zardzewiałych gwoździ i zbyt ciężkiego młotka. Gdybym miała oceniać pierwsze parę odcinków, dałabym im może 8 punktów, kolejne nie otrzymałyby jednak not wyższych niż 3, w porywach do 5. A samo zakończenie... Aż brak mi słów, 1/10 to za nie za dużo.
Moja ocena całości: 3/10.

niedziela, 30 marca 2014

Sezon anime zima 2014 - końcowe wrażenia, cz. I

Powoli zaczynam nadganiać zaniedbane przez wyjazdy i inne nudne obowiązki serie anime. Jako że z końcem marca prawie wszystko postanowiło się skończyć, mam do opisania końcowe wrażenia z aż osiemnastu serii. Postanowiłam więc podzielić opisy na cztery (lub pięć, zobaczymy jak mi to objętościowo wyjdzie) krótszych wpisów. Zaczynamy od serii, które skończyły się najwcześniej - Log Horizon, Uchū Kyōdai, Phi Brain 3 oraz Noragami.


Log Horizon 


Log Horizon to seria, której już od chwili pojawienia się zapowiedzi przypięto łatkę „drugiego Sword Art Online”. Porównania są zresztą nieuniknione, gdyż jest to kolejna seria o graczach uwięzionych w grze MMORPG. Ku mojemu zdziwieniu Log Horizon nie okazało się uboższym młodszym bratem przez jednych wychwalanego pod niebiosa, a przez innych krytykowanego SAO, ale serią dużo lepszą. 
Wielką zaletą anime jest brak wielkich traum, niemożliwych do rozwiązania impasów i miłości zdolnej zmieniać ograniczenia mechaniki gry. Bohaterowie nagle trafiają do świata wcześniej znanego im z wirtualnej rozrywki i muszą się w nim odnaleźć, a początkowo największym ich wrogiem jest wszechogarniająca nuda i stagnacja. Twórcy wyraźnie postawili na przygodowo-komediowy klimat, choć zdarzają się także odcinki dużo poważniejsze. Walki toczą się nie tylko na miecze i magię, ale przede wszystkim na intelekt, co sprawia, że nawet zwykła rozmowa może przemienić się w emocjonujący pojedynek. I tak dochodzimy do kolejnej olbrzymiej zalety anime – przesympatycznych i pełnokrwistych bohaterów, a wśród nich jednego z najbardziej udanych protagonistów przygodowych serii ostatnich lat. Shiroe naprawdę zasługuje na miano geniusza (i nieziemskiego trolla) – a w anime wciąż rzadko zdarza się, żeby postać określana przez twórców inteligentną rzeczywiście taka była. 
Krótko mówiąc – Log Horizont zawiera wszystko, czego oczekuje się po serii przygodowej. To anime jest zwyczajnie przyjemne, więc jeśli chcecie się odstresować po męczącym dniu, będzie idealnym wyborem. A mnie pozostaje tylko czekać na drugi sezon, który już zapowiedziano na jesień.

Moja ocena: 8/10. 


Phi Brain: Kami no Puzzle 3 


Trzeci sezon anime o rozwiązywaniu łamigłówek nie przyniósł nic nowego ani nadzwyczajnego. Wszyscy bohaterowie dalej mają manię wygłaszania niezwykle patetycznych przemów o puzzlach, światowe złe organizacje (tym razem rządzące całymi państwami) wciąż wydają horrendalne sumy na zbudowanie labiryntów, które w przeciągu kilku minut zostają w widowiskowy sposób rozwalone przez naszych protagonistów, a rozwiązywanie kolejnych łamigłówek tym razem pozwala uratować świat, ustabilizować kontinuum czasoprzestrzenne, wzmocnić więzi między przyjaciółmi i uleczyć amnezję (niekoniecznie w tej kolejności). Czytaj: dalej jest nieziemsko głupio i niebotycznie śmiesznie w absolutnie niezamierzony sposób.
Seria jest oczywiście podporządkowana głównemu wątkowi. Tym razem Kaito i spółka próbują przywrócić pamięć Jinowi – którą tenże utracił gdzieś w okolicach serii numer jeden. Na dokładkę otrzymujemy kolejną postać – Raetsel, wyszczekaną dziewoję twierdzącą, że to ona jest spadkobierczynią idei Jina, jako jedyna zna go naprawdę i może go uleczyć. W porównaniu z poprzednimi antagonistami Kaita dziewczyna wypada wcale nieźle – przynajmniej w chwilach, gdy obsesja na punkcie ukochanego nauczyciela nie odbiera jej zdrowego rozsądku. Jej wysiłki połączone ze spiskami knującego podle i niecnie Enigmy, prezydenta republiki Amgine (tak, tylko ślepy nie zauważyłby anagramu) oraz Tajemnicą przez duże „T”, która wychodzi na jaw gdzieś w połowie serii, pozwoliły na stworzenie całkiem znośnej fabuły (okraszonej, oczywiście, kilkunastoma odcinkami fillerów, bo czymże byłby shounen bez wypełniaczy).
Reasumując: serię oglądało się nieźle, była trochę mniej postrzelona niż poprzednie sezony, a ciekawe odcinki wyraźnie dominowały nad wiejącymi nudą. Jeśli dodać do tego całkiem znośną muzykę i dużo lepszą niż wcześniej grafikę, otrzymujemy anime może nie wybitnie, ale pociesznie fazowe i przyjemne w oglądaniu. 

Moja ocena: 5/10.


Uchū Kyōdai



W Japonii nie wychodzi za dużo anime obyczajowych. Rzadko też trafiają się seineny – serie skierowane do starszego odbiorcy. Seinen obyczajowy? To albo nie może, albo musi się udać. Cóż, tym razem się udało i to fenomenalnie, co zaowocowało 99 odcinkami jednej z najprzyjemniejszych serii, jaką miałam przyjemność oglądać.
A udało się dlatego, że chyba wszyscy mamy lub przynajmniej mieliśmy marzenia, jedni większe, inni mniejsze. W dzieciństwie prawie każdy chciał zostać piosenkarką, aktorką, pisarzem, lekarzem, strażakiem, żołnierzem, archeologiem, ornitologiem – jak ja – lub astronautą – jak Mutta i Hibito. Ten drugi zresztą postanowił to marzenie wcielić w życie. Podczas gdy Mutta pracuje na nudnym acz stabilnym stanowisku w wielkiej korporacji, Hibito zostaje pierwszym Japończykiem, który ma polecieć na Księżyc. Do czasu. W wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności (o ile można tak nazwać potraktowanie swojego szefa strzałem z główki) Mutta traci pracę, a że akurat rozpoczyna się rekrutacja na astronautów, nasz niespełna trzydziestoletni bohater postanawia pójść w ślady młodszego brata, który znacznie go wyprzedził na drodze do spełnienia marzeń.
Brzmi nudno? Też mi się tak z początku wydawało. Twórcom serii udało się jednak pokazać oklepany (jak się mogło wydawać) pomysł w dość niecodziennej oprawie. Trudom i wysiłkom bohaterów towarzyszą liczne retrospekcje z przeszłości, które stworzą specyficzny, humorystyczno-melancholijny klimat serii. Anime w mistrzowski sposób pokazuje rywalizację opartą na przyjaźni, różne drogi życiowe i problemy towarzyszące bohaterom (których z odcinka na odcinek robi się coraz więcej i prawie każdy ma do opowiedzenia własną, ciekawą historię). I testy. Mnóstwo różnych testów i egzaminów, w których tylko od łutu szczęścia lub pracy zespołowej zależy, czy nasz bohater zrobi kolejny krok w stronę upragnionej podróży w kosmos. Choć odcinki trwają standardowe dwadzieścia parę minut, podczas oglądania zawsze miałam wrażenie, że dopiero co zaczęłam seans, a epizod już się kończy. Trzeba też przyznać, że twórcy mają talent do tworzenia naprawdę trzymających w napięciu cliffhangerów – niekiedy tygodniowe oczekiwanie na dalszy ciąg było prawdziwą mordęgą.
Bohaterowie tej serii tworzą przesympatyczną zbieraninę indywidualności – choć jest ich naprawdę wielu, każdy zapada w pamięć. Na pierwszy plan wybijają się oczywiście tytułowi bracia. Bywają serie, w których protagoniści irytują widza, jednak głównych bohaterów Uchū Kyōdai nie w sposób nie polubić, mimo iż żaden z nich nie jest pozbawiony wad, które przy większym natężeniu mogłyby sprawić, że widz miałby ochotę zastrzelić postać.
Choć seria nie jest wybitna pod względem grafiki – wiele osób może odrzucić nietypowa kreska i komputerowa animacja pojazdów – to od strony muzycznej prezentuje się naprawdę nieźle. Na długo zapamiętam główny motyw muzyczny serii, a i spośród licznych piosenek czołówkowych i końcowych jest co wybierać. Polecam Uchū Kyōdai każdemu, kto ma ochotę na refleksyjno-melancholijne, a jednocześnie komediowe anime o spełnianiu marzeń. Seria nie otrzymuje ode mnie oceny 10/10 tylko dlatego, że urwała się bez ostrzeżenia w wrednym momencie (ponoć anime zaczęło doganiać mangę). 

Moja ocena: 9/10.


Noragami 



Noragami to dwunastoodcinkowy przygodowy shounen, który – sądząc po ilości gifów – podbił w tym sezonie serca widzów. I rzeczywiście, serial jest naprawdę fajny graficznie i dobrze wykonany, a świat przedstawiony oparto o ciekawą koncepcję. Twórcy świetnie połączyli zabawną komedię ze szczyptą dramatu, nie przesadzając w żadną stronę i nie popadając w puste moralizatorstwo. Szkoda tylko, że anime powstało jako reklama mangi i w chwili, gdy fabuła zaczęła nabierać rozpędu, postanowiono ją zakończyć, w dodatku fillerem. Muszę przyznać, że trochę się rozczarowałam, bo widać, że Noragami ma naprawdę ciekawy, doprecyzowany świat, więc miałam nadzieję na coś dużo lepszego.
Choć fabuła nieco kuleje, seria mimo wszystko broni się dobrze rozwiniętymi interakcjami między postaciami, a szczególnie główną trójką bohaterów. Chyba nie da się nie polubić przeuroczego i sympatycznego (acz zarazem niebywale narcystycznego) boga Yato (w tej roli genialny jak zwykle Kamiya Hiroshi). Również Hiyori, protagonistka, wypada niezwykle dobrze: mimo że jest nieco naiwna i optymistycznie dobroduszna, to jednocześnie widać, że twarda z niej dziewczyna. Irytować może natomiast Yukine – w tym przypadku jest to efekt zamierzony, bo chłopak jest, co tu dużo mówić, niedojrzałym emocjonalnie dzieciakiem i jako taki zachowuje się jak na wiek przystało, ale mimo wszystko w pewnym momencie twórcy nieco z tym przesadzili, zwłaszcza że bunt młodzieńczy chłopca staje się motorem napędowym dłuższego wątku.
Podsumowując, Noragami pozostawia po sobie lekki niedosyt, a że na razie nie obiły mi się o uszy zapowiedzi kolejnego sezonu, chyba będę musiała zabrać się za mangę. 

Moja ocena: 7/10.

wtorek, 18 marca 2014

Tiger & Bunny

Z racji, że blog od dawna zieje pustką, a minie jeszcze troszkę czasu, zanim zacznę opisywać serie zakończone w sezonie zimowym (można się spodziewać opóźnień z powodu Pyrkonu) i rozpoczynające się w wiosennym, postanowiłam wrzucić napisaną już parę lat temu recenzję anime Tiger & Bunny. Tak jakoś wyszło, że tekst nigdzie nie został opublikowany, a szkoda, żeby się marnował.



Tiger & Bunny



Jak świat światem, superbohaterowie nigdy nie mają lekko. Nadnaturalne moce utrudniają im normalne życie, w dodatku herosom często brakuje czasu dla rodziny i przyjaciół. Wskaźnik przestępczości pomimo ciągłych wysiłków nie spada, a typy spod ciemnej gwiazdy prześcigają się w pomysłach, jak by tu jeszcze bardziej utrudnić i tak już niełatwe życie obrońców sprawiedliwości. Na domiar złego uratowani ludzie rzadko okazują wdzięczność, a zwykła policja wcale nie traktuje superbohaterów jak pomocników, zwykle oczerniając ich i ścigając jak zwykłych bandytów. W dodatku firmy ubezpieczeniowe co i rusz wszczynają procesy w sprawie zniszczeń materialnych, spowodowanych podczas akcji ratunkowych, irytując tym sponsorów, i tak już zdenerwowanych nie dość długim zaprezentowaniem nazwy ich firmy na ekranie telewizorów... Zaraz, zaraz, że co? 

Właśnie z takimi problemami muszą mierzyć się bohaterowie anime Tiger & Bunny, superbohaterowie z miasta Sternbild, którzy walczą ze złoczyńcami w ramach popularnego reality show. Chyba nic bardziej nie utrudnia łapania przestępców niż konieczność dobrego zaprezentowania się przed widzami, pokazania na ekranie nazwy sponsora przez odpowiednio długi czas i jak największego minimalizowania wszelkich zniszczeń. Z tym ostatnim spory problem ma tytułowy bohater serii, Wild Tiger, którego nieprzemyślane działania powodują stratę kolejnego sponsora i upadek na ostatnie miejsce w dorocznym rankingu superbohaterów. Producenci programu telewizyjnego postanawiają dać mu jednak ostatnią szansę i wyznaczają go na opiekuna i partnera nowego herosa, Barnaby’ego Jr. Brooksa. Od tej pory Tiger, obrońca sprawiedliwości starej daty, musi działać ramię w ramię z młodym geniuszem, który ma całkiem inne poglądy na walkę ze złoczyńcami. 

Muszę przyznać, że seria zaciekawiła mnie swoją nietypowością. Sam pomysł ze sponsorami jest genialny w swej prostocie, a przy tym bardzo oryginalny. Na kombinezonach superbohaterów nie widzimy bowiem jakiś spreparowanych nazw, ale znaki markowe prawdziwych firm, takich jak Pepsi czy Bandai. Nazwy i znaki graficzne, które w anime nierzadko umieszczane są tu i ówdzie jako kryptoreklamy, tym razem zostały użyte całkiem jawnie, co jest bardzo ciekawym złamaniem schematu i puszczeniem oczka do widza. 

Tiger & Bunny to niejako „show w show” – a takie założenie fabularne niesie ze sobą olbrzymi potencjał, który twórcom serii w znacznym stopniu udało się wykorzystać. Anime porusza temat gry pozorów, jaką muszą stosować bohaterowie przed telewizyjnymi kamerami, często kłócącej się z ich prawdziwymi pobudkami. Te ostatnie są zresztą bardzo zróżnicowane – niektórzy uczestnicy biorą udział w programie, by walczyć ze złem i dzięki swoim nadnaturalnym mocom pomagać zwykłym ludziom, inni narażają życie dla sławy, a niektórzy szukają zemsty za dawne krzywdy. Trzeba przyznać, że ukazanie superbohaterów od ich drugiej, mało heroicznej strony, przedstawienie ich zwykłych, ludzkich rozterek i często bardzo przyziemnych motywacji to jeden z najlepszych pomysłów serii. Dodatkowym plusem jest dla mnie to, że mimo niewątpliwej dramatyczności niektórych wątków twórcy nie uderzają w patetyczny ton. Mimo wszystko seria ma charakter zdecydowanie komediowy – a jest to humor, który nieraz potrafi setnie ubawić.

Siłą napędową anime są jednak postacie – gromadka pełnokrwistych bohaterów o barwnych charakterach. Nie sposób ich nie polubić, a chęć poznania ich dalszych losów przykuwa widza do telewizora. Główny bohater, Wild Tiger (prywatnie Kotetsu T. Kaburagi), to heros starej daty, któremu ciężko się odnaleźć w świecie show biznesu. Ma problemy ze sponsorami, wynikające ze specyficznego poglądu na cały superbohaterski interes (nieważne, co zniszczysz, ważne, że kogoś uratujesz). Kotetsu zwraca na siebie uwagę przede wszystkim tym, że w przeciwieństwie do większości protagonistów anime nie jest nastolatkiem, ale mężczyzną po czterdziestce. Poza tym to przemiły, przyjacielski, choć nieco fajtłapowaty facet, który najpierw robi, potem myśli. Jest typowym zapracowanym superbohaterem, ratującym świat kosztem relacji z rodziną. Ma jednak i spore wady: nie potrafi odmówić innym, wtrąca się w cudze sprawy, a sam nie pozwala sobie pomóc, nawet gdy ma poważne tarapaty. 

Z kolei Barnaby (żartobliwie przezywany przez Tigera „Bunnym”) to młody, przystojny idol i bożyszcze nastolatek, a w dodatku typ intelektualisty, który chłodno kalkuluje wszystkie za i przeciw, zanim ruszy do akcji. Jego nadrzędnym celem jest zemsta za śmierć rodziców – aby odnaleźć ich mordercę, jako jedyny z Herosów nie kryje swojej twarzy i personaliów. W czasie serii przechodzi pewną ewolucję i z zimnokrwistego samotnika staje się osobą bardziej otwartą na innych. Jednak mimo swej przemiany Bunny jest w moich oczach najmniej sympatycznym bohaterem tego anime – do końca irytowały mnie jego obsesja na punkcie zemsty i narcystyczne nastawienie. 

Pozostali herosi (Blue Rose, Dragon Kid, Fire Emblem, Rock Bizon, High Sky i Origami Cyklon) to mieszanina różnych charakterów i postaw życiowych – zgraja bohaterów, obok których nie da się przejść obojętnie. Każdy z nich ma inne umiejętności, jednak nie prezentują się one zbyt oryginalnie – są to typowe supermoce, powszechne w tego typu seriach. Ciekawie natomiast zostały nakreślone osobowości bohaterów. Każdy z nich jest inny, różni się ich podejście do „pracy” i do świata. Mam jednak wrażenie, że potencjał większości tych postaci nie został do końca wykorzystany, co jest skutkiem skupienia się na tytułowym duecie. Jeszcze bardziej interesująco wypada postać antybohatera – Lunatica, głoszącego wizję sprawiedliwości wymierzanej bez względu na wszystkie okoliczności. Niestety również i jego potencjał został częściowo zaprzepaszczony. Na tym tle niezbyt malowniczo wypadają natomiast postacie złoczyńców. W większości odcinków to zwykli przestępcy, stanowiący zaledwie tło dla poczynań bohaterów. Pojawiają się także przeciwnicy, którzy dostają więcej czasu ekranowego, jednak choć bez wątpienia są to barwne postacie, ich pobudki i zachowanie nie prezentują się zbyt oryginalnie. 

Od strony graficznej seria wypada nawet nieźle – projekty postaci przypadły mi do gustu, a stroje superbohaterów są ciekawie i pomysłowo wykonane. Jednak w niektórych odcinkach kuleje animacja – gołym okiem widać, że studio odpowiedzialne za produkcję przeznaczyło na serię o wiele mniej funduszy, niż należało. Również soundtrack niezbyt się wyróżnia – pomimo dość charakterystycznego i wpadającego w ucho motywu przewodniego całokształt wypada raczej przeciętnie. W anime pojawiają się także dwa openingi i piosenki końcowe, z których najbardziej spodobał mi się drugi ending, energiczne Mind Game w wykonaniu Tamaki. 

Przy tych wszystkich zaletach tej serii może trochę dziwić jej mała popularność wśród widzów. Stało się tak jednak z całkiem prozaicznego powodu – nie da się ukryć, że tytuł anime jest dość mylący i przywodzi raczej na myśl serię ecchi niż okraszoną świetnym humorem serię o superbohaterach. W dodatku plakat reklamujący Tiger & Bunny jeszcze bardziej przyczynił się do dezinformacji. Widniejące na nim kostiumy bohaterów zostały przez niektórych błędnie wzięte za wielkie roboty, przez co anime na wielu stronach całkiem niesłusznie zakwalifikowano do mechów. 

Anime Tiger & Bunny to z pewnością dość nowatorskie i świeże spojrzenie na temat superbohaterów. Także i pomysł jawnego wykorzystania motywu sponsorów jest oryginalny i przykuwa uwagę. Muszę przyznać, iż nie jestem wielką fanką herosów, a mimo to anime bardzo mi się podobało, co świadczy o tym, że seria może przypaść do gustu nie tylko miłośnikom tego gatunku, ale także takim laikom jak ja. Polecam Tiger & Bunny każdemu, kto lubi humor, wartką akcję i pełnokrwistych bohaterów – to jedno z tych anime, które mają szansę spodobać się każdemu.

środa, 15 stycznia 2014

Sezon anime zima 2014 - pierwsze wrażenia

Sezon zimowy anime cechuje się zazwyczaj mniejszą liczbą nowości niż jesienny czy wiosenny, a także niewielką ilością nadających się do oglądania tytułów. Poza dwoma kontynuacjami, po których wiedziałam już z grubsza, czego się spodziewać, zaczęłam oglądać siedem serii będących dla mnie całkowitą enigmą, bo nie znam ich pierwowzorów, a zdawkowe opisy nigdy nie są w stanie do końca oddać charakteru danego anime. Zima 2014 zapowiada się dziwniej niż poprzednie – nagle okazało się, że nowości, co do których miałam spore nadzieje, okazały się mniejszą lub większą klapą, a tytuły, które zaczęłam oglądać na zasadzie „nie ubędzie mnie, jak zerknę, o czym to” są może nie do końca strzałem w dziesiątkę, ale przynajmniej oglądać się dadzą. Nie ma między nimi jakiegoś wielkiego hitu czy niezwykle kontrowersyjnego tytułu – pod tym względem sezon mocno zawodzi.


Chuunibyou demo Koi ga Shitai! 2


Opis serii: Bezpośrednia kontynuacja Chuunibyou demo Koi ga Shitai! z 2012 roku. Seria opowiada o dalszych przygodach Rikki Takanashi, która jest podręcznikowym przykładem osoby z chuunibyou („syndromem gimbusa”, objawiającym się wiarą w posiadanie niezwykłych mocy), oraz Yuuty Togashiego, który to dopiero co z syndromu gimbusa się wyleczył i chciałby jak najszybciej zapomnieć o tym żenującym okresie swego życia.
Moje wrażenia: Jakoś nie jestem zbyt pozytywnie nastawiona do tego anime. Pierwszy sezon miał zamknięte i dopracowane zakończenie, dlatego boję się, że kontynuacja zabije pozostawione przez poprzednią serię dobre wrażenie. Wygląda na to, że w tym sezonie zamiast analizy psychologicznej bohaterów dostaniemy przegląd problemów dorastania do codziennego życia – choć mogę się mylić i twórcy zaserwują nam po prostu komedyjkę pozbawioną głębszego przesłania (ale nawet w takiej formie anime będzie się nadawało do oglądania). Cóż, pożyjemy, zobaczymy.
Strona graficzna jest typowa dla KyonAni – świetna animacja i ładne projekty postaci, które znamy z poprzedniej osłony Chuunibyou. Z kolei opening i ending bardziej mi się podobały niż te towarzyszące sezonowi pierwszemu.

Gin no Saji 2nd Season


Opis serii: Dalsze przygody Hachikena i jego kolegów z technikum rolniczego.
Moje wrażenia: Od razu zostajemy wrzuceni na głęboką wodę – nie ma żadnego przypomnienia wydarzeń z poprzedniego sezonu. To bezpośrednia kontynuacja, więc jeśli ktoś nie oglądał sezonu pierwszego albo nie przypadł mu on do gustu (są tacy ludzie?), to raczej nie powinien zabierać się do drugiego.
Drugi sezon Łyżeczek pod względem fabularnym już od pierwszego odcinka trzyma poziom poprzednika – jest przezabawnie (żarty opierające się na bezdennej ignorancji Hachikena i braku wiedzy na temat realiów życia na wsi nigdy nie przestaną mnie śmieszyć), choć chwilami refleksyjnie. Pod względem technicznym kontynuacja również nie odstaje od pierwszej serii. Opening i ending są całkiem niezłe, ale pewnie będę musiała kilka razy się w nie wsłuchać, żeby zaczęły mi się naprawdę podobać.

Hamatora The Animation



Opis serii: Historia kilku bohaterów obdarzonych nadnaturalną mocą “Minimum”, którą posiada niewielu ludzi na świecie. Anime opowiada o losach pewnej agencji detektywistycznej, która podejmuje się przeróżnych zleceń.
Moje wrażenia: Projekt „Hamatora” jest w założeniu wielomedialny – jednocześnie powstaje manga i anime, potem ma zostać stworzona także gra. Jak na oryginalny projekt seria nie wypada szczególnie źle, jest za to mocno przeciętna. Już w pierwszej chwili poznajemy cały tłumek bardzo kolorowych bohaterów, przez co miałam wrażenie zamętu (spowodowane także chaotycznym montażem). Klimat serii przypomina K Project pożeniony z Durararą, jednak to pierwsze anime przewyższa Hamatorę fazowością, a drugie na głowę bije ją, jeśli chodzi o sposób prowadzenia fabuły, skomplikowany świat przedstawiony i charyzmatycznych bohaterów. Jak na serię sensacyjno-kryminalną słabo wypadają także zagadki – ta z pierwszego odcinka była jakoś mało wciągająca. Od razu widać, że wątki detektywistyczne będą tylko pretekstem do efektownego lania się po pyskach za pomocą supermocy. Zaletą anime jest za to humor – może nie każdemu przypadnie on do gustu, ale mnie się spodobał (zwłaszcza dowcip z samochodem i jajkiem Kolumba).
Seria wyróżnia się także przerażająco jaskrawą kolorystyką. Jeszcze mogę zrozumieć pstrokate, dwukolorowe ubrania (jeden gradient przechodzi w drugi), ale włosy? Mimo wszystko wolę, gdy animacji towarzyszą bardziej stonowane kolory. Zaprezentowany w pierwszym odcinku opening jest taki sobie, ale sam soundtrack (zwłaszcza podczas walk) wydaje się całkiem niezły,
Summa summarum, Hamatora to nawet przyjemna, zwariowana seria przygodowa, ale nie wybija się ponad przeciętność.

Hoozuki no Reitetsu 


Opis serii: Opierająca się na czarnym humorze seria opowiadająca o Hoozukim, słudze Wielkiego Króla Yamy. Opanowany, a jednocześnie niezwykle sadystyczny demon próbuje zapobiec wszelkim problemom, które często nawiedzają Piekło.
Moje wrażenia:
Już na pierwszy rzut oka seria wyróżnia się nietypową, oryginalną kreską, która od razu przypadła mi do gustu. Oprawa graficzna nawiązuje do tradycyjnych drzeworytów, muzyka również oparta jest na starojapońskich motywach. Z kolei opening jest straszliwie fazowy – aż boję się go obejrzeć po raz kolejny.
Jeśli chodzi o stronę fabularną, to seria zdecydowanie stawia na epizodyczność. Pierwszy odcinek składał się właściwie z dwóch odrębnych epizodów. Spodziewałam się komedii, a dostałam komediowe slice of life... tyle że w piekle. I to mało piekielnym piekle z mało demonicznymi demonami. Przyznam, że powiało grozą, gdy dowiedziałam się, że nawet w piekle trzeba ciężko pracować, ale więcej piekielności nie uświadczyłam.
Seria nie broni się także jako komedia. Niektóre żarty były całkiem zabawne, ale większość jest po prostu zbyt hermetyczna, żeby rozśmieszyła odbiorcę niepochodzącego z Kraju Kwitnącej Wiśni. Osoba zaznajomiona z japońską kulturą może się zaśmiać, widząc parodię legendy o Brzoskwiniowym Chłopcu Momotaro, ale nawet ona nie załapie dowcipu o prezenterze z tokijskiej telewizji. Wychodzi na to, że serię będzie się dało oglądać tylko z dobrymi napisami z mnóstwem przypisów.
Gdyby nie to, że lubię oryginalne graficznie serie, wysłałabym Hoozuki no Reitetsu w diabły, ale na razie dam tej serii szansę, choć trochę mnie zawiodła.


Nisekoi



Opis serii: Raku Ichijou to zwyczajny licealista. No, powiedzmy... Byłby zwyczajnym licealistą, gdyby nie to, że jest przyszłą głową rodziny yakuzy zwanej Shuei-gumi. Dziesięć lat temu Raku złożył obietnicę pewnej dziewczynie. Obiecali sobie, że wezmą ślub, gdy jeszcze kiedyś się spotkają. Od tej pory Raku nigdy nie rozstaje się z naszyjnikiem, który dostał od tego dziewczęcia.
Pewnego dnia do klasy Raku przenosi się piękna dziewczyna, Chitoge Kirisaki. Jak to między licealistami bywa, natychmiast zaczyna ich łączyć nienawiść od pierwszego wejrzenia. Jednak życie nie jest takie proste i bohaterowie muszą zmierzyć się z przedziwnym zrządzeniem losu...
Moje wrażenia:
Anime jest Shaftem sezonu i od pierwszej chwili jest shaftowo. Zdziwiło mnie jednak trochę, że w serii Shaftu głównego bohatera nie gra Hiroshi Kamiya, tylko Kouki Uchiyama. Toż to cud nad cudy! No ale Kamiyana jest w tym sezonie tak dużo i w tylu różnych wcieleniach, że nie ma co narzekać.
Nisekoi bawi się schematami: mamy tu obietnicę z dzieciństwa, pamiątkę w postaci wisiorka (szkoda, że nie zegarka z pozytywką) i dziewczynę spadającą z nieba na głównego bohatera... tyle że podczas tego spadania kopie go w twarz, co w niezwykle trafny sposób ilustruje stosunek tej serii do kliszowych zagrywek.
Wprawdzie przebieg fabuły i powstanie trójkąta romantycznego można łatwo przewidzieć, ale przynajmniej rozwój znajomości między dwójką głównych bohaterów wypada naturalnie – żadne tam zakochałem się od pierwszego wejrzenia czy muszę ci pomóc, skoro zarządzeniem losu na ciebie wpadłam, ale czysta, bezgraniczna i obustronna nienawiść.
Podobały mi się niektóre z zastosowanych w odcinku „shaftowych” zabiegów graficznych (np. trawa), choć inne były całkiem nietrafione (choćby moment, gdy zmieniają się ukazujące różne lokacje tła, a postaci tuptają w miejscu). No i nie należy zapominać o bardzo fajnym nawiązaniu do Sayonara Zetsubou Sensei – ciekawe, czy i w przyszłych epizodach twórcy zastosują takie zabiegi, bo bardzo lubię ten typ humoru.
Pierwszy odcinek stanowi bardzo sympatyczne zawiązanie akcji, a cała seria zapowiada się na całkiem dobrą komedię romantyczną.

Noragami 



Opis serii: Yato, pomniejsze bóstwo, ma jedno marzenie: zostać najbardziej czczonym bogiem na świecie, zamieszkać w ogromnej świątyni i pławić się w chwale po wieki wieków. Na razie jednak nie ma nawet grosza przy duszy, a to, że jego shinki go opuszcza, wcale nie poprawia sytuacji. Pewnego dnia podczas wykonywania zlecenia Yato zostaje uratowany przez licealistkę Hiyori Iki, która nieświadoma, że właśnie spotkała boga, próbuje go wypchnąć z trasy nadjeżdżającej ciężarówki i sama zostaje ranna. Wypadek ma dla niej dziwne konsekwencje – zyskuje zdolność opuszczania swego ciała, gdy tylko straci przytomność lub zaśnie. Aby pozbyć się niespodziewanej i komplikującej życie mocy, Hiyori musi pomagać Yato, bo gdy ten stanie się silniejszym bogiem, będzie mógł rozwiązać jej problem.
Moje wrażenia: Dawno nie oglądałam tak klimatycznej serii. Po pierwsze, w tym jest, proszę państwa, humor. Ba, żarty są autentycznie zabawne. Wiem, że podkreślanie humorystyczności komedii może wydawać się dziwne, ale ostatnio większość anime pretendujących do tego gatunku bardziej żenowała lub nudziła niż śmieszyła.
Po drugie – bohaterowie. Każdego z nich polubiłam dosłownie od pierwszej chwili. Yato, bożek, który ostatnio słabo przędzie, bo i pieniędzy wyznawcy nie dają, a i samych czcicieli ma jak na lekarstwo, jest przezabawny w swojej wrodzonej samolubnej wredności. W dodatku głosu udziela mu Hiroshi Kamiya, świetnie wypadający w tej roli. Z kolei Hiyori to sympatyczna dziewczyna, której reakcją na słowo „bóg” jest podanie imienia ulubionego zapaśnika wrestlingowego, a reakcją na widok obcego chłopaka w swoim łóżku jest dziki wrzask i telefon na policję. Razem bardzo dobrze się uzupełniają – i od razu czuć pomiędzy nimi chemię.
Pierwszy odcinek był oczywistym wprowadzeniem i jako takie sprawdzał się doskonale, bo jestem zdecydowana oglądać dalej. Zapowiada się bardzo fajna seria przygodowa z ogarniętymi i sympatycznymi bohaterami.

Sekai Seifuku ~Bouryaku no Zvezda~



Opis serii: Co jest potrzebne, by podbić świat? Każdy z dawnych wielkich przywódców o tym marzył, ale nikt nie wprowadził marzenia w czyn. Nikomu nie udało się osiągnąć władzy nad całym światem... póki nie pojawiła się dziewczyna zwąca się Kate Hoshimiya. W jaki sposób dokonała czegoś tak niewyobrażalnego, przerażającego i wspaniałego? Czyżby to był... Spisek Zvezdy?
Moje wrażenia: Początkowo wydawało mi się, że całe to gadanie o podbijaniu świata może prowadzić do czegoś ciekawego. O, jakże srogo się myliłam! Na dzień dobry otrzymujemy protagonistę, który jest archetypowym Bohaterem Takim Jak Ty. Dramatycznie zapowiadana Kate Hoshimiya także bardzo mnie rozczarowała – to loli-dziewczątko o słodkim głosiku i zachowaniu typowym dla tsundere. No i, oczywiście, seria nie mogłaby istnieć bez obowiązkowego oskarżenia bohatera o próby molestowania (serio, Japończycy, po setnym razie to się zaczęło robić nudne).
Sekai Seifuku niesie ze sobą liczne walory edukacyjne. Przede wszystkim sprowokowała mnie do sformułowania postulatu, że przestroga „nie bierz jedzenia od obcych” powinna zostać uzupełniona o klauzurę „nie dawaj jedzenia obcym” z uszczególnieniem: „nie dawaj jedzenia obcym, małym dziewczynkom na różowym rowerze, które spotykasz nocą w środku miasta w czasie godziny policyjnej”. Coś takiego po prostu musiało skończyć się wstąpieniem do mrocznej organizacji dążącej do przejęcia władzy nad światem.
W serii pojawia się niezwykłe stężenie czołgów, helikopterów, masek gazowych i mundurów – to anime z pewnością skierowane jest do osób gustujących w „wojskowych” klimatach. Tylko dlaczego mam wrażenie, że całe to podbijanie świata będzie polegało na walkach odzianych w skąpe, ale za to obcisłe kostiumy panienek?
Temat przewodni anime – podbijanie świata i fakt, że główni bohaterowie to ci źli – ma w sobie pewien urok, ale z tego, co widzę, szykuje się seria mało ambitna, za to tak głupia, że aż fazowa.


Space Dandy 



Opis serii: Space Dandy to łowca przygód i marzyciel, który podróżuje przez galaktykę w poszukiwaniu niespotykanych wcześniej kosmitów. Wraz ze swoimi towarzyszami, robotem zwanym QT i Meow, podobnym do kota kosmitą, Dandy dzielnie odkrywa nieznane światy zamieszkane przez przedziwnych Obcych.
Moje wrażenia: Shinichiro Watanabe to jeden z japońskich reżyserów, o którym chyba większość miłośników anime słyszała, a jeśli ktoś nawet nie oglądał Samurai Champloo czy Cowboy Bebop, to przynajmniej kojarzy ich tytuły. Niecałe dwa lata temu Watababe uraczył nas bardzo mile przeze mnie wspominanym romansem Sekamichi no Apollon, tym razem postanowił jednak wrócić do dawnych klimatów. Space Dandy zapowiedziane zostało jako space opera i oldschoolowa komedia.
...tyle że komedii w tym jak na lekarstwo. Było parę momentów, w których się uśmiechnęłam, ale spodziewałam się czegoś dużo śmieszniejszego. Najzabawniejszym momentem odcinka był fragment openingu (który, swoją drogą, pod względem graficznym jest ciekawy, ale sama piosenka wypada przeciętnie), kiedy to widzimy kryształowe samotne łzy głównego bohatera™ zmieniające się w gwiazdy. Większość gagów wydawała mi się raczej idiotyczna i żałosna niż śmieszna (chyba że kogoś śmieszą żarty w stylu „o ja cię, cycki!”). Miałam wrażenie, że to humor na siłę. Cóż, zamierzam dać anime szansę, bo bohaterowie są nawet fajni. Być może seria jeszcze czymś mnie zaskoczy.


Toaru Hikuushi e no Koiuta


Opis serii: Jest to opowieść o księciu, który stracił wszystko i wyruszył w daleką podróż, z której może już nigdy nie wrócić. Choć jego myśli zatruwa nienawiść i chęć zemsty, na swojej drodze spotyka wielu ludzi, którzy uczą go, czym jest przyjaźń... i miłość.
Moje wrażenia:
Ostatnia z oglądanych przeze mnie serii po pierwszym odcinku wydała mi się strasznie sztampowa i nudna. Dobre wrażenie sprawia świat przedstawiony przypominający połączenie Laputy z Last Exile. Niestety, kuleje kreacja bohaterów. Już w pierwszym odcinku, wiadomo, kto jest kim, a każdą z przedstawionych postaci można opisać dwoma lub najwyżej trzema przymiotnikami – może się mylę, ale podejrzewam głębi to oni żadnej nie posiadają. Poza tym irytują mnie same założenia fabularne: wyruszamy na superważną i niesamowicie niebezpieczną misję, by odkryć, czy istnieje legendarne Cośtam. Zabierzmy ze sobą całe stado nieopierzonych szczyli, w końcu podczas podróży nie będziemy mieli nic do roboty oprócz szkolenia tychże w pilotowaniu samolotów! A, wrogowie? No cóż, miejmy nadzieję, że nie zaatakują, zanim skończymy uczyć nasz narybek.
Sama nie wiem, może to ichniejszy sposób na pozbycie się słabo rokujących przydatność społeczną jednostek, w tym wyżej wymienionego księcia?
Wątku miłosnego nawet komentować nie będę, bo zapowiada się wyjątkowo przewidywalnie.
Seria nie zachwyca od strony graficznej – projekty postaci są toporne i pozbawione szczegółów, a zdarzało się, że podczas rozmów ich twarze dziwnie się wykrzywiały (skoro to pierwszy odcinek, strach pomyśleć, co będzie dalej). Z kolei nie przeszkadzały mi efekty komputerowe – było ich sporo, ale umiejętnie dopasowano je do klasycznej animacji. Muzycznie seria niczym nie zachwyciła, ale i nie jest pod tym względem najgorzej.


Uwagi dodatkowe:

  1. Oczywiście nie są to wszystkie serie wychodzące w tym sezonie, a jedynie te, które będę oglądać. Pełną rozpiskę nowości można zobaczyć tutaj.  
  2. Do zestawienia nie wliczam filmów i serii OVA – te pierwsze są i tak na razie niedostępne poza japońskimi kinami, a te drugie pojawiają się zazwyczaj nieregularnie.  
  3. Jak ktoś może zauważył, zimą nie wyjdzie żadne pełnosezonowe shoujo (ba, nie ma nawet żadnej dennej adaptacji gry otome!), ale ukażą się dwie trzyodcinkowe serie: Sugar Soldier i Romantica Clock. Nie włączam ich do zestawienia, bo ich pierwsze odcinki pojawią się nieco później. 
  4. Z pełnym rozmysłem nie sięgam po żadne anime, która ma w tytule „Nobunaga”. Serio, no ile można profanować postać historyczną, pokazując złowrogiego generała jako dziewczynkę z supermocami albo wypasioną broń (co ma miejsce w jednym z Nobunag tego sezonu)? Japończycy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.